Awarie i awanturki

parasol tecza

Jak niektórzy z Was zauważyli (dzięki za wszystkie maile i zapytania!!), na początku marca mój blog wystrzelił w kosmos i przebywał tam ładnych kilka dni. Szok! Jak on mógł? Sama go porzucam na długie miesiące, ale żeby on mnie? Tego się nie robi blogerce! W końcu prośbą i przekupstwem (nowy serwer) udało się go sprowadzić z powrotem na łącza. Miejmy nadzieję, że już nie będzie wywijał takich numerów, ale kto wie, kto wie…

Zaskoczyło mnie (sama siebie zaskoczyłam), że bardzo się tą awarią nie przejęłam i zamiast obgryzać paznokcie oraz rwać włosie z głowy, poczułam się trochę jak uczeń na wagarach, zwłaszcza, że u nas wiosna w pełni, a okazji do wychodzenia mi ostatnio nie brakowało! W końcu blog nie działał, więc nie musiałam myśleć o tym, co by tu wrzucić w tym tygodniu.

Przyznam się też, że odkąd mieszkam w Indiach, moja tolerancja na niefunkcjonowanie oraz wszelkiego typu awarie wzrosła niebotycznie. Rzeczy mają prawo nie działać – wbijam sobie do głowy – a jeśli akurat działają, doceń to! Już nie tworzę piramidalnych planów, które po wyjęciu małego klocka legną w gruzach. Pogodziłam się z tym, że zamiast ośmiu spraw jednego dnia, załatwię trzy. Plan B obowiązkowy, a czasem nawet C. Nie dziwi mnie, że stolarz przychodzi 3 dni po umówionym terminie, nie uprzedzając zresztą. Jak mi pasuje, to poczekam na niego, a jak nie, to on pocałuje klamkę. Spóźniam się nagminnie i bez wyrzutów sumienia na wszelkie imprezy, bo przecież beze mnie też się zaczną :)

Kryterium jest jedno: Zawali się świat, jeśli się nie uda? Coś się komuś stanie, ktoś zazna uszczerbku na zdrowiu? Jeśli nie – to o co tyle hałasu?

Przypomina mi się tu historia, której byłam świadkiem, a nawet uczestniczką. Historia, która mi uświadomiła, jak zmieniła się ostatnio moja perspektywa na wiele spraw.

Podczas ostatnich wakacji w Europie leciałam m.in. z Warszawy do Brukseli, pardon – Charleroi. Na samoloty akurat się nie spóźniam, bo raczej na mnie nie czekają :). Po wszystkich lotniskowych formalnościach – usiadłam. Usiadłam w pełnym tego słowa znaczeniu – zatrzymałam się fizycznie i metaforycznie. Pierwszy raz po tygodniu spędzonym w Polsce, obfitującym w spotkania i emocje, mogłam zebrać myśli, zadzwonić jeszcze do kilku osób i do-powiedzieć kilka słów do konwersacji, które wciąż brzmiały w moich uszach, porozmawiać z tymi, z którymi spotkać się nie udało.  Zamknąć ten pobyt. Gdy się nagadałam, oddałam się lekturze wszystkiego, co miałam pod ręką i co mogłam nabyć w kiosku. Wow, tyle czytania po polsku!! W końcu nadeszła pora odlotu. Okazało się jednak, że plan uległ zmianie. Lot opóźniał się o godzinę, dwie, pięć. Nasz samolot uziemiono, a następny sprowadzano z Budapesztu. Zamiast o 20.00, mieliśmy wylądować o 1.00 w nocy, zamiast w Charleroi – w Liege, 130 km zamiast 60 km do Brukseli.

Najpierw skontaktowałam się z A. Czekała już na mnie z kolacją, którą – póki co – mogłam podziwiać jedynie na zdjęciu w telefonie, sama pochłaniając bułę i soczek na koszt linii. Miałam wyrzuty sumienia, że przeze mnie zarwie noc (A., nie linia), a od rana czeka ją normalny pracowity dzień. Telefonicznie zaklepałam transport z Liege i już spokojnie mogłam czekać. Lektur mi nie brakowało, trochę tylko doskwierała reglamentacja WIFI na warszawskim lotnisku.

Jednak o spokoju mogłam tylko pomarzyć. Tłum oczekujących współpasażerów (a przynajmniej jego spora część) bardzo głośno i natarczywie dawał ujście swojemu niezadowoleniu. „Skandal!!”, „Bezczelność!!” „Lecę tylko na jeden dzień i marnuję tu czas!”.„Kto mi zwróci koszty?” – wygrażał procesami jeden szczególnie wściekły jegomość, jednocześnie dość przytomnie przyznając, że nawet zwrot ceny biletu nie zrekompensuje mu wydatków. Okazało się bowiem, że w wypożyczalni na lotnisku Charleroi czekał już na niego wynajęty samochód, którym miał udać się do zarezerwowanego i opłaconego hotelu we Francji, o –dziesiąt km od miejsca lądowania. Tylko, że wypożyczalnię i w ogóle lotnisko w CH. zamykają na noc. Nie miał innego wyboru, jak czekać do rana. Płacisz za hotel we Francji, a koczujesz pod drzwiami wypożyczalni…

Trochę przykre, fakt, ale… czy byłoby dla niego lepszą alternatywą lecieć zepsutym samolotem? Czy nie powinien się cieszyć, że ktoś w porę wykrył usterkę, docenić, że przewoźnik dołożył do biznesu i posłał nowy samolot z odległej bazy? Lepiej wywierać presję i grozić pozwami? Czy można zapłacić 200-300 zł za bilet lotniczy i żądać za to gwarancji od wszechświata? Oczekiwać, że pogoda ustawi się na baczność, a maszyny zapomną na ten moment o swojej ułomnej  naturze?

Osiąganie celów – piękna rzecz, ale czasem chyba warto skontrolować azymuty i priorytety – nie czekając, aż za nas zrobi to los.

Obywatelu / Obywatelko, wściekaj się z sensem!

Jeszcze jedno –  w kwestii praktycznej: Gdyby następnym razem przydarzyła się taka historia i moja strona czasowo znikła z sieci, to jest jeszcze kilka innych miejsc, w których można mnie spotkać (to mój plan B, C i D ;) ):

A sam blog najwygodniej chyba śledzić na Bloglovin bądź zapisać się na newsletter (na stronie głównej po prawej na górze)!

Poniżej w bonusie kilka widoczków z lotu Bangkok-Delhi (obstawiam, że to Birma).

IMG_9036

IMG_9045

IMG_9037

IMG_9031

You may also like