Delhi. Connaught Place. Z czym to jeść?

…  – z czym to jeść? Wiecie, że fanką Connaught Place nie jestem. Unikam (chociaż w okolicy bywam często), ale czasami nie da się, to w końcu ważny węzeł komunikacyjny. Wczoraj akurat spędziłam tam pół godziny i to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to najgorsze miejsce dla turysty w Delhi. Po stokroć bardziej wolę Old Delhi, choć wygląda na o wiele bardziej zaniedbane. Na SiPi, jak mawiają Delhijczycy, wiecznie kręcą się bowiem naciągacze i typy spod ciemnej gwiazdy. Internet jest pełen opowieści o sposobach na turystów, a mimo to naiwnych nie brakuje. Pisał o tym ostatnio Paweł Skawiński w „Wyborczej” (tutaj). To prawda, w Indiach mamy wieczny prima aprilis.

Jeśli myśleliście, że „nie ma cwaniaka nad Warszawiaka”, szybciutko będziecie musieli zrewidować poglądy. Wśród klasycznych trików indyjskich cwaniaczków znajdziemy takie klasyki, jak spalony hotel, zabukowane wszystkie hotele w mieście, nie chcę pieniędzy, tylko kup mi mleko w proszku/ryż/etc. dla dziecka. Mleko można kupić tam za rogiem, trochę dziwne, że kosztuje 50 x  tyle, co Twój obiad w lokalnej knajpie, no ale skąd masz wiedzieć, że mleko jest wielokrotnego użytku i ta wychudzona kobiecina odsprzeda je z powrotem w sklepiku, w którym je nabyłeś. Nawet czyściciele butów potrafą zadbać o popyt – obrzucając Twe obuwie jakimś syfem.  Dla mnie najbardziej uciążliwi są „pytacze”. Skąd jesteś, czego szukasz. Co pięć kroków to samo. Odczepi się jeden, zaraz masz na ogonie drugiego. ZZZZZZZZZZZ!!!

Nauczyciel hindi zapytał nas kiedyś, co mówimy w takiej sytuacji. Osobiście nie mówię nic. Idę szybkim, zdecydowanym krokiem, udaję głuchoniemą. „Naprawdę?” zdziwił się? No tak, wszelkie „nie, dziękuję” tylko ich zachęca. Najgorsze, co możesz zrobić Indusowi, to go ignorować. Żadne wyzwiska go tak nie zabolą.”A Ty co mówisz?” spytałam. „Ja? Mnie to nie dotyczy. Nikt mnie nie zaczepia” „Jak to? To niesprawiedliwe!!!”

Więc przemierzam wczoraj SiPi i jest bardzo wczesna pora, ok. 9.00. Pusto jeszcze, ale pozostaje kwestią czasu, kiedy ktoś mnie zaczepi. „Sklepy otwarte od 11.30” zagaduje jeden z nich, oczywiście niepytany. „Nic nie widzę, nic nie słyszę” – powtarzam w myślach. Zaczynam rozmawiać przez telefon. To dobry sposób, nawet, jeśli masz udawać. Chwilę idzie za mną, w końcu rezygnuje.

Ooo, widzę juz drugiego na horyzoncie. Idzie wprost na mnie. „Actually what are you looking for?” „Actually not for you” – wypalam i gryzę się w język. Błąd. Widzę złowrogi błysk w czarnych oczach i zgrzytnięcie zębów. Robi dziwny manewr, obchodząc mnie dookoła i wołając swojego nieletniego ‚asystenta’. Na horyzoncie pojawia się jednak para w średnim wieku – Niemcy może – więc szybko zmienia obiekt zainteresowania. Szukają czegoś palcem po mapie. „Actually what are you looking for?” – zagaduje ich „mój znajomy”. Witają go jak zbawiciela. Cóż za przemiły chłopak! Wszystko wytłumaczy, wszystko wyjaśni. Pomacha ręką po horyzoncie i zaofiaruje się, że ich zaprowadzi gdzie trzeba. Odchodząc rzuca mi przez ramię triumfalne spojrzenie. Już im współczuję. Wylądują w agencji turystycznej, która wciśnie im swoje przedrożone produkty, chociaż pytali o państwową informację turystyczną, w podrzędnej restauracji płacącej im parę rupii od każdego przyprowadzonego klienta, chociaż liczyli na sekretną poradę miejscowego, a na końcu będą musieli zaliczyć wizyty w kilku sklepikach dla turystów, uśmiechając się i tłumacząc, że tak właściwie dywanu za parę tysięcy juro to oni nie potrzebują. To w najlepszym przypadku.

Ja rozumiem, że turyści, że właśnie wysiedli z samolotu i chcieliby się z tubylcami bratać, kultury zasmakować, wystarczy chcieć, a świat będzie sprzyjał. Aaaale… Was, moi drodzy Czytelnicy i Czytelniczki bardzo proszę o odrobinę rozsądku. Nie chodzi o to, żeby patrzeć spod byka na każdego. Nie. Ale są miejsca takie, jak np. CP, gdzie jesteś niczym więcej, niż tłustą rybką w zastawionej sieci. Nawet mi, po prawie trzech latach w Indiach zdarzają się wpadki. Po wyjściu z pociągu w Varkali nie zauważyliśmy budynku dworca, za to szybko pojawił się pan, który zachęcał do pójścia za nim, do postoju riksz. Spojrzeliśmy pytająco na staruszka na ławce, kiwnął głową (to nas zmyliło najbardziej, ale przecież typowe, działają w grupie). Poszliśmy, ale okazało się, że wyprowadził nas na koniec peronu, zamiast do hali dworcowej. Dalej już trzeba było skakać przez tory. Sami mieliśmy tylko bagaż podręczny, więc nie ma sprawy, rodziny z dziećmi trochę się jednak naszarpały. Przez dziurę w płocie wyprowadził nas do postoju riksz. Oczywiście już przy tych torach zdaliśmy sobie sprawę, że to skucha, ale nie chciało nam się wracać przez cały peron. Wszystko, co mogliśmy zrobić, to przemaszerować przed nosem cwaniaczka i zamiast do jego riksz, wsiąść do pojazdu jego konkurencji oddalonej o kilkanaście metrów. Też widziałam te (w)kurwiki w jego oczach.

Co zatem robić, gdy znajdziemy się na CP i nie za bardzo wiemy, dokąd dalej? przede wszystkim nie wyciągać map, NIE PYTAĆ!!! Nie pytać o informację turystyczną, nie pytać o żadną restaurację (na pewno się spaliła w zeszłym tygodniu ;)), o żaden sklep. Można pytać o adres, ulicę, numer domu. Jeśli już musimy, pytajmy np. młode kobiety. A najlepiej pójdźmy do oficjalnej informacji turystycznej na odchodzącej od CP ulicy Janpath, numer bodajże 88. Gdzie ta ulica? Na południowej stronie CP widać na horyzoncie kilka wysokich budynków. Wśród nich znajdź ceglano-szklany LIC Building z charakterystycznym logo – złożone dłonie, a między nimi znicz. Po lewej stronie tego budynku znajduje się Janpath, a po jej lewej stronie – The Government of India Tourist Office. Powodzenia i baw się dobrze w Delhi! :)
Skyline at Rajiv Chowkfot.wikimedia

LICDELHI

ILC Building fot.wikimedia

A żeby było śmieszniej, wczoraj naprawdę paliło się na Connaught Place 8)

 

Komentarze
2013/04/07 17:43:47
Musze przyznac ze wlasnie opisane przez ciebie wypadki/wpadki/naciagactwa od zawsze odrzucaly mnie od podrozy w te czesci swiata. Tj. pojechalabym, ale tylko majac kogos, kto mieszka na miejscu, za przewodnika. Nie znosze natretow.W sumie najblizej opisanych okolicznosci w jakich bylam, to dzielnica emigrancka w starej czesci Dubaju. Tam byli SAMI FACECI. No i ja z kumplem. Blondynka, wysoka i jeszcze krotkie spodenki. O kur*!!!
Przejscie kladka nad ulica a potem chodnikiem to bylo wyzwanie. Kazdy cos do mnie mowil, wyciagal lapy, macal, probowal sie otrzec. Tragedia. Nie wyobrazam sobie zycia codziennego – samodzielnego – w takich warunkach. Zeby nie zwariowac trzebaby chyba przebierac sie za faceta albo jezdzic prywatnym samochodem spod drzwi do drzwi…
2013/04/07 18:05:37
Nina, nie mogę powiedzieć, że w Delhi jest AŻ TAK strasznie pod tym względem. W sumie chodzę sama. Ale są właśnie takie miejsca, jak CP, które omijam szerokim łukiem, bo to jest męczące i denerwujące. Na szczęście w innych dzielnicach, w których bywam, nie jest tak źle. Do patrzenia już się przyzwyczaiłam, nie zauważam tego. Nadal jednak nie cierpię być zaczepiana na ulicy przez takie typy.
W Dubaju w krótkich spodenkach? To tak można? :)
2013/04/07 20:51:39
Absolutnie sie zgadzam, ze najlepiej unikac wdawania sie w dyskusje ze wszelkimi naciagaczami. Dodatkowo staram sie chodzic szybko, zdecydowanym krokiem, i miec na twarzy mine „wiem co robie, pomocy nie potrzebuje.” Dzieki temu nawet na lotnisku/dworcach nie mam problemow, nikt mi nie oferuje taksowki, ani pomocy w niesieniu bagazu. Choc okazjonalnie natret tez sie zdarza – jeden sie tak do mnie przyczepil (na Paharganju), ze az w koncu zagrozilam mu, ze wezwe policje. Tak jak szybko sie pojawil, tak szybko zniknal.Natomiast az prawie czuje sie zawiedziona, ze nikt mnie na CP nie zaczepial ;) Jak typowi naiwni turysci spedzilismy/spedzilam okolo czterech godzin wloczac sie bez celu w okolicach Imperiala/Rajiv Chowk czekajac na spotkanie ze znajomymi, i nic, zero zainteresowania! Nikt sie nawet specjalnie na mnie nie gapil.Nina, w Indiach na pewno nie polecalabym chodzic w krotkich spodenkach, ale nawet gdybys w nich wyszla na ulica, naprawde watpie by ktos probowal cie dotknac. Az tak tragicznie tam nie jest. Niemniej podroz w te rejony uczy cierpliwosci :)
Gość: , 190-48-89-167.speedy.com.ar
2013/04/07 21:26:19
@asiaya:
w Dubaju mozna, ale juz w sasiednim emiracie Sharja (czy jak to tam sie poprawnie pisze) – juz nie. W KSA z kolei kazda kobieta musi miec na sobie abaje. Dubaj jest bardzo kosmopolityczny, ekspatki moga sobie chodzic ubrane jak chca, chociaz juz za calowanie sie w miejscu publicznym albo chodzenie za reke mozna w najgorszym razie tafic do wiezienia.Monsun: te dotkniecia i ocieranie oczywiscie wszystkie byly niby „przypadkiem”.
2013/04/07 21:26:59
a, ten gosc ponizej to bylam ja.
2013/04/07 23:35:17
Monsun, jeszcze zapomniałam napisać, że czasami widzę w tamtej okolicy narkomanów. Nie jest ich dużo – może ze 3 osoby widziałam, ale widok taki, że serce się kraje. I mam wrażenie, że to dzieci są. Zdarzało mi się, że cos mi chciały wcisnąć, zapewne narkotyki, juz nawet się nie przysłuchiwałam. jeden raz był strasznie namolny, szedł za mna długo i tez go postraszyłam policją. Od razu uciekł.
Monsun, zakładam, że widok Twojego mężą ich odstraszył (bo miejscowy, nie, że facet, bo blondynów i innych zagranicznie wyglądających też zaczepiają). Imperial jest na Janpath, tam już rochę spokojniej. Najwięcej tych typów się kręci przy Inner Circle na samym placu, chociaż na Outer też już można na nich trafić. Generalnie – nic nie straciłaś :)) A jak byś chciała jednak zdobyć takie doświadczenie, zostaw męża kilka kroków z tyłu :))
Co do spodenek w Delhi – najbardziej prawdopodobne, że po prostu by się patrzyli. Dotknąć też chętnie, ale raczej w tłumie, kolejce, przejściu wąskim. Jeśli się takich miejsc unika, raczej mało prawdopodobne, żeby ktoś ostentacyjnie na ulicy podszedł po tyłku poklepać.
2013/04/07 23:38:05
Za chodzenie za rękę? Wow! Dubaj mnie jakoś ni epociąga jako cel turystyczny, ale może kiedyś wyskoczę na spacer do miasta, jeśli będziemy mieli dłuższą przesiadkę. Odstrasza mnie tylko konieczność wyrabiania wizy na te parę godzin :/
2013/04/08 00:13:15
Tak wlasnie myslalam, ze Janapth musi byc spokojniejsze. Troche tam pochodzilam sama, bo mezowi sie po dwoch godzinach znudzilo i wolal siedziec w kawiarni. Dlatego sie tak dziwie, ze nikt nie zaczepial, wrecz mniej niz w innych miastach. A na lotnisku i dworcach tez najszczesciej jestem sama, bo mam niski limit wytrzymalosci na Indie i tesciowa, i zazwyczaj sobie podrozuje jak maz spedza czas z rodzina.
2013/04/08 06:24:04
Monsun, teciowa pewnie załamuje ręcę :) Dokąd jeździłaś sama?
2013/04/08 07:45:47
eeeee,to dokładne,bardzo dokładne opisanie tego, co dzieje się z turystą w Maroku:))) a naprawdę najgorszy pod tym względem jest Fez i wejście do Mediny. ja uciekłam do banku:) no ale ci podpowiadacze z Maroka są do tego agresywni. czasami nawet bardzo. tam też najlepszym sposobem było udawanie głuchej lub odpowiadanie w jakimś dziwnym języku, typu polski:) a jeszcze lepsza jest odpowiedz,że ma się faceta w Maroku i właśnie od niego/ do niego jedzie. wtedy w sekundę odchodzili:)
2013/04/08 08:02:30
i zapomniałam dodać,aby mieć spokój od tych namolnych,obleśnych spojrzeń facetów nakładałam i w Maroku i w Algierii abaję.ale to już wtedy,kiedy doprowadzano mnie do roztroju nerwowego i miałam dosyć.sprawdza się, bo lokalni nie wiedzą o co chodzi.muzułmanki, nawet białej przecież nie tkną, bo kto wie, czy zza rogu nie wyskoczy mąż, teść i dziesięciu szwagrów:)
2013/04/08 08:52:41
Invitado, to mnie właśnie odstrasza od podróżowania po krajach muzułmańskich. Nasłuchałam się trochę, Sir był i kijem go tam nie zagonisz :)) Co prawda byliśmy w Stambule, ale to zupełnie inna historia. A i tam zaraz pierwszego dnia po wyjściu z hotelu zostaliśmy zaczepieni. Spojrzeliśmy po sobie (i tutaj???) i wybuchnęliśmy śmiechem, facet stracił rezon.
No, 10 szwagrów by się przydało, żeby spokojnie po niektórych krajach podróżować :))
Gość: una_invitada, pc-85-202-108-61.siedlce.domtel.com.pl
2013/04/08 09:31:58
w Stambule też „pomagaczy” było setek kilka:) tylko byli grzeczni. ale fakt, strach usiąść samej na ławeczce, bo te tabuny przewodników pojawiały się natychmiast.w Algierii za to dochodzą noże w wąskich uliczkach Algieru. ” dotykaczy” spotkałam w Maroku,ale z drugiej strony w autobusach nocnych lokalni sprawdzali przy każdym przystanku, czy aby wróciłam do autobusu na czas. bo taka jazda z Rissani do Marakeszu trwa 14 godzin:) trzeba się chyba przyzwyczaić,jeśli chce się tam jezdzić. innego wyjścia nie ma.
2013/04/08 09:45:49
Chyba tak to jest, że im ciężej pod tym względem, tym częściej samotnie podróżująca kobieta wzbudza uczucia opiekuńcze :)) Ja to bardzo doceniam, ale problem w tym, że otoczenie opieką to też pewnego rodzaju ograniczenie swobody. W każdym bądź razie trzeba mieć specyficzne cechy charakteru (których to ja nie posiadam), żeby się w takiej sytuacji dobrze czuć. I wychodzę z założenia, że zawodowo to może człowiek nie zawsze może decydować, ale prywatnie jeżdżę tylko tam, gdzie mogę czuć się swobodnie (albo przynajmniej tak zakładam, na miejscu może okazać się, że nie końca).
2013/04/09 08:16:42
Tesciowa juz sie przyzwyczaila, ze zawsze gdzies musze pojechac. I nawet jakos dobrze to znosi. Chyba nawet troche mi zazdrosci i mnie podziwia, ze sie sama nie boje jezdzic (boje sie troche, ale ciekawosc swiata zwycieza). Troche tez sie martwi, ze cos moze mi sie stac. Najbardziej mnie rozbraja jak mi nie pozwala z ich rodzinnego domu isc samej na piechote do kawiarni oddalonej o 1-2 kilometry!Sama troche podrozowalam po Indiach poludniowych (Hampi, Allora, Ajanta, Arungabad, Tadoba Andhari, Mumbai, Bangalore), ktore chyba sa przyjazniejsze kobietom niz rejony polnocne. W ubieglym roku planowalam przez miesiac podrozowac z kolezanka, tez blondynka, po Indiach polnocnych, ale pozniej jednak postanowilam, ze chyba jednak bysmy za duzo zwracaly na siebie uwagi i zmienilysmy plany (na Tajlandie i Kambodze). Z perspektywy czasu to byla sluszna decyzja. Nawet z mezem nam sie zle podrozowalo po okolicach Dehli, Agry i Jaipuru. Za duzo halasu, naciagactwa i wyklocania sie o swoje.A ty sama podrozowalas poza Dehli?
2013/04/09 08:29:55
Świetny tekst Asiu.
2013/04/09 09:31:15
Monsun, mi się też wydaje, że południe jakieś takie bardziej spokojne :) W Tajlandii nie byłam, ale wyobrażam sobie, że jest mega relaksacyjnie.
Nie podróżuję sama po Indiach, w ogóle nie lubię podróżować bez męża wakacyjnie. Tracę połowę przyjemności, jeśli nie mogę z nim skomentować nowej rzeczywistości :)). Już nie wspominając o tym, że w kwestiach praktycznych też wygodniej we dwójkę. Sama jeżdżę „stąd-dotąd”, w bardzo konkretnych celach (akurat w Indiach do tej pory nie miałam). Rok temu byłam na jednodniowym wypadzie z 2 dziewczynami w Agrze. Nie cierpię Agry, ale były moimi gośćmi, więc nie mogłam im odmówić.
2013/04/09 09:31:41
almajomos, dzięki :*
Gość: maria, public-gprs67365.centertel.pl
2013/04/09 21:15:57
No i wykrakali z tym pożarem : ), strasznie się śmiałam z Twojego opisu, choć wiem , że Tobie nie do śmiechu jak masz taki prima aprilis co dzień . Chyba można stracić poczucie rzeczywistości w takich sytuacjach, nie bardzo wiadomo co żart, a co serio, czy w ogóle jest coś serio. Ja mam takie ambiwalentne uczucie jak widzę żebrzące Rumunki z dziećmi na rękach. Wiem, że są to podstawione dzieci , często usypiane lekami , że mnie próbują oszukać i naciągnąć i że nie należy absolutnie nic dawać. Z drugiej strony jest to okropnie smutna historia, przynajmniej z punktu widzenia tych maleńkich dzieci. Trochę taki teatr uliczny, w którym jakkolwiek trzeba uczestniczyć. Pozdrawiam, u Ciebie już lato , prawda ?
2013/04/10 08:14:58
Podejrzewam, że to wadliwa instalacja elektryczna :/
Masakra z tymi żebrzącymi dziećmi. Wczoraj jechaliśmy ok. 21.00 przez miasto i taka mała zasmarkana dziewczynka sprzedawała kwiaty na światłach. Jak sobie pomyślę, na co jest narażona każdego dnia, to mam ochotę te dzieci zabrać do domu. Echh….
Lato się zaczęlo – niestety :)) Nie lubię takich ekstremalnych upałów, jakie są w Delhi w maju/czerwcu. Jedynym pocieszeniem, że zacznie się sezon na moje ukochane mango! I wodę kokosową będzie można pić prosto z kokosa! Pozdrawiam!! :))
2013/04/12 23:19:16
O rety, po przeczytaniu Twojego tekstu i komentarzy stwierdzam, ze podroz po Malezji to byl maly spacerek. Oczywiscie, „taksiser” na kazdym kroku, pare wycieczek tez nam chciano wcisnac, ale ogolnie tam jest taki luz, ze wystarczy sie usmiechnac i podziekowac. Kraj muzulmanski, ale zadnego spiecia. Chociaz krotkich spodenek nie ubieralam, nie ze strachu, ale zwyklego ludzkiego szacunku…
2013/04/13 06:45:26
Czaro, to chyba specyfika pólnocnych Indii, a zwłaszcza turystycznych miejsc Delhi. O tyle jest tutaj łatwo naciągać, że dla większośći turystów to pierwszy kontakt z Indiami. Zresztą oni zawsze o to pytają i oczywiście lepiej im nie mówić, że się jest pierwszy raz.
Ja w ogóle nie rozumiem fenomenu krótkich spodenek poza okolicami plażowymi. Przewiewna spódnica wbrew pozorom daje więcej chłodu, a chroni przed słońcem i bezpośrednim kontaktem z np. skajowym siedzeniem :))
I nie mogłam wyjść ze zdumienia, gdy widziałam kobiety udające się np. na zwiedzanie meczetów w Stambule w szortach i koszulkach na ramiączkach. Oczywiście dostają chusty do zakrycia się przy wejściu. Dziwię się, że wolą taką opcję od założenia ciut bardziej przykrywających własnych ciuchów.
2013/04/13 12:21:37
Asiu, a może ten fenomen nazywa się „bo we mnie jest seks…”? ;) Ale często po prostu odwieczny problem: brak refleksji.
A co do meczetów, to powiem Ci, że to jeszcze bardziej skomplikowana sprawa, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Ja po Kuala Lumpur chodziłam prawie jako żona Mahometa. Przesadzam oczywiście, ale gdy stawiłam się pod głównym meczetem w spodniach prawie do kostek, nieobcisłych a raczej typu harem pants, do tego bluzeczka pod szyje ale bez rękawków, więc na to dyżurny sweterek z torby i jeszcze chustka, tak w razie czego, plus spięte włosy – byłam pewna, że już bardziej odpowiedniego ubioru turysta mieć nie może. Jakież było moje zdziwienie, że pani pilnująca pokiwała na mnie paluszkiem i… odziała w długą szatę i hidżab! To chyba moje najbardziej traumatyczne wspomnienie z tamtej podróży;)
2013/04/25 18:32:18
Well, seks… Mam wrażenie, że to jak z zachodem słońca: robi wrażenie tylko w oryginale :) Wszelkie landszafty, podróbki, artefakty są żałosne :)
W Jama Masjid na Old Delhi też czasami mi dają kubrak, czasami nie, a zazwyczaj chodzę ubrana tak samo_ koszula na długi rękaw zapięta pod brodę i długie luźne spodnie. Zależy od widzimisię panów portierów. Ale ostatnio się udało :)

You may also like