Gurgaon, czyli nowoczesność po indyjsku #1

Prasa podaje go za przykład, jak NIE należy budować miast, polscy zwolennicy Korwina-Mikkego chwalą go jako wyspę wolnego rynku, Indusi zachwycają się możliwościami, jakie im oferuje. Obcokrajowcy narzekają na jego braki.

Gurgaon – miasto satelickie Delhi, trzecie pod względem wysokości dochodów na głowę w Indiach, powstałe w ciągu ostatnich 20+ lat na skałach i piasku oraz równie zdradliwej fali światowej koniunktury, na którą Indie z pewną obawą, ale bez alternatywy, wskoczyły na początku lat 90-tych. Nazywane bywa Miastem Milenijnym – w pierwszym dziesięcioleciu XXI-ego wieku jego populacja wzrosła o ponad 70% (dzisiaj 1,5 mln mieszkańców), ale też miastem DLF – od nazwy rodzinnej potężnej firmy pod wodzą Kushal Pal Singha, niekwestionowanego hegemona tutejszego młodego, niezwykle dynamicznego rynku nieruchomości. To tutaj, a nie w Delhi, ma indyjskie siedziby 250 firm z listy Fortune 500. Miasto w wiecznej budowie.

„Jedziesz zwiedzać Gurgaon?”

– dziwi się mój sąsiad. – „Zwiedzać można grobowce czy ruiny w Delhi. W Gurgaonie się pracuje albo chodzi do malli. Tam NIC więcej nie ma!”

Nie mogę odmówić mu racji i może dlatego w ciągu prawie 5 lat mieszkania w Delhi, w Gurgaonie byłam zaledwie trzy razy. Jednak o teraźniejszości Indusów, o zmianach, jakie zachodzą w ich życiu, o ich aspiracjach więcej nam powie przejażdżka jego ulicami niż Humayun zza swego grobu. Sorry, Humayun!

Dojazd jest bajecznie łatwy, wygodny i tani, gdyż w ciągu niecałej godziny za jedyne 25 rupii można się tam przemieścić z centrum Delhi, od którego Gurgaon dzieli ok. 35, km szczodrze klimatyzowanym pociągiem metra. Najlepiej w wagonie dla pań, gdzie jest nieco luźniej, a niezwykle interesująco dla amatorów socjologicznych obserwacji. Smaczku dodaje fakt, że jest to podróż… międzystanowa. Tak, tak, metrem przenosimy się spod delhijskiej stołecznej władzy wprost pod tą stanu Hariana, na którego terytorium leży delhijski satelita. Mieszkańcy Gurgaonu, jeśli mają potrzebę udać się do stolicy swojego stanu, którą zresztą dzielą z sąsiednim Pendżabem, muszą pofatygować się 300 km do Czandigarh. Ot, ironia podziałów administracyjnych.

Metro przebiega pod ziemią w centralnej części Delhi, ale gdy w końcu wyłania się z czeluści poza nią, mamy okolice jak na dłoni – z perspektywy wysokiej na kilka metrów estakady. Można podziwiać niską, skromną roślinność i połacie piaszczystej gleby prześwitujące między nimi. Widać z góry rozległe obszary wystawiennicze hurtowni marmurów i granitów, a w dali przesłoniętą szaro-żółtym smogiem panoramę kreśloną wertykalnymi liniami wieżowców. Bliżej można przyjrzeć się tym, które stoją wzdłuż trasy. Pomimo krótkiej historii, widać wyraźnie różnicę w stylach architektonicznych, których wymiana nabrała zawrotnego tempa i żaden z nich nie wytrzymuje nawet dekadę. Współistnieją obok siebie, za nic mając mody – komety, zdając się w zupełności na eskapistyczne gusta i tęsknoty nowej klasy posiadającej, a przynajmniej zarabiającej. Mamy tu więc eklektyczne zlepki klasycznych elementów w zaskakujących proporcjach, jak np. pękatobalustradowe balkony a’la śródziemnomorska willa powtarzane przez wysokość trzydziestu pięter. Pięknym przykładem tego stylu jest wyłaniający się z haszczy budynek miejscowego sądu – City Court – z kolumienkami, pseudogotyckimi oknami rozsianymi po zbyt wysokiej bryle oraz wieżą zegarową. Nie ma takiej interpretacji, która mogłby uratować tą konstrukcję… Mniej fantazyjne, proste, obłożone zwierciadłami klocki wydają się się w tym sąsiedztwie grzeszyć wyłącznie banalnością. Estetyczne kurioza idą w parze z ich nazwami. Są tu kompleksy mieszkalne dumnie ochrzczone „Belaire” czy „Palm Spring”.GURGAON (34)

W Gurgaonie nie ma miejskich ulic, są kilkupasmowe, bezchodnikowe drogi łączące wyspy – odgrodzone, zabezpieczone przed światem zewnętrznym, dokąd wstępu pilnują zastępy strażników. Mieszkańcy przemieszczają się po wyboistych szosach między komplekasami biurowymi, centrami handlowymi, których jest tu już prawie pół setki, polami golfowymi (sic!!), a mieszkalnymi oazami zieleni, czystości i luksusu. Mają tam do dyspozycji baseny, siłownie, alejki spacerowe, place zabaw dla dzieci, kluby, sale bankietowe na prywatne imprezy czy sklepiki dumnie określające się „gourmet”. Wydawane są gazetki, organizowane imprezy, w tym przybliżające tak egzotyczne kultury jaki chińskie czy koreańskie – to stamtąd pochodzi spora część ich mieszkańców.

Po kompleksie, do którego zostałam zaproszona, przemieszczają się bezgłośnie pracownicy w uniformach, których jedynym zadaniem jest mycie, zamiatanie, ścieranie kurzu, którego ani tutaj, ani w Delhi nie brakuje. W końcu pustynia tuż za miedzą! Jestem w szoku widząc sprzątacza myjącego kontener na śmieci. Prawdziwy, niezniszczony i błyszczący kontener! Nigdy takiego nie widziałam w Delhi. Po kilku metrach natykam się na grupkę trenującą używanie gaśnic. Prawdopodobnie połowa procedur w sytuacji krytycznej nie wypali, ale widać wysiłek i przejęcie. Przechodząc przez strefę garaży z powrotem uświadamiam sobie, że jestem w Indiach. W pomieszczeniu tuż obok widzę prywatnych kierowców rozłożonych wprost na betonowej posadzce, ucinających sobie drzemkę w oczekiwaniu na polecenia – dosłownie i w przenośni – z góry. Przy bliższym przyjrzeniu jakość samych budynków również pozostawia wiele do życzenia – nie mają jeszcze 5 lat, a już widoczne są zacieki, grzyb i rdza. Miejscowy sąd jest zawalony pozwami właścicieli mieszkań oskarżających deweloperów o fuszerki.

Bolączki infrastrukturalne Indii są tu nawet bardziej dotkliwe, niż w Delhi – to zarządcy budynków muszą zadbać o dostawy prądu czy wody do swoich budynków. Miasto nie nadąża ani za rosnącymi jak grzyby po deszczu wieżowcami, ani za towarzyszącym temu gwałtownemu wzrostowi mieszkańców. Firmy organizują własne sieci zbiorowego transportu. W przypadku biur outsourcingowych jest to poważny problem, gdyż zatrudniają dziesiątki tysięcy ludzi na kilku zmianach, w tym nocnej. Oprócz logistyki dochodzi również problem bezpieczeństwa – młode wykształcone kobiety stanowią spory procent pracowników, ale bez możliwości bezpiecznego transportu nie podejmą pracy. W mieście jest cztery razy więcej prywatnych strażników niż policjantów.

Nie wszyscy właściciele nieruchomości zamieszkują je. Duża część to lokata kapitału Indusów rezydujących w USA czy Dubaju, stoją więc puste lub podnajęte. Zarządzane przez agencje serviced apartments można wynająć łącznie z meblami i obsługą. Koszt? Np. 7 tys. PLN/miesiąc za skromnie urządzone mieszkanie salon + 3 sypialnie. Panoramiczny widok wliczony w cenę. Najczęściej wynajmują je koncerny dla swoich ekspatów.

GURGAON (19) GURGAON (20) GURGAON (18)GURGAON (27) GURGAON (21) GURGAON (23) GURGAON (22) GURGAON (17) GURGAON (16) GURGAON (37)GURGAON (28)Przy wyjściu z metra oczekują motoriksze. Tak właśnie wygląda transport publiczny w Delhi i Gurgaonie – na końcu i tak musisz skorzystać z indywidualnego, bo chodników brak.GURGAON (36) GURGAON (35) GURGAON (33)

Czy już mówiłam, że brak chodników?GURGAON (10) GURGAON (4)

Indyjska przedsiębiorczość nie znosi próżni. Każda szczelina w rynku jest natychmiast rozpoznana i zagospodarowana.GURGAON (15) GURGAON (14) GURGAON (8) GURGAON (7) GURGAON (6) GURGAON (5) GURGAON (11) GURGAON (12)

Ani kwestia ścieków, ani odpadów nie jest rozwiązana – poniżej człowiek wywożący śmieci. Pytanie – dokąd?GURGAON (9) Jeszcze nieskończony, ale już można wynajmować. Póki co zamieszkują go sami pracownicy – często migrujący z prowincji za pracą, koczujący na budowach.GURGAON (3) GURGAON (2)Indie nie byłyby Indiami bez spacerujących po ulicach zwierząt.
GURGAON (44) GURGAON (13)Nie trzeba opuszczać stacji metra, aby widzieć jak na dłoni, o czym to jest, to życie w Gurgaonie – w oddali pięciogwiazdkowy hotel, tuż pod nim nawet nie slums, a koczowisko. W południe unosił się nad nim straszny fetor. Na stronie hotelu napisane, że świetnie położony w pobliżu stacji metra. Na ostatnim zdjęciu – mieszkańcy nabierający wody do kanistrów.

EDYCJA:”Koczowisko” okazało się być rynkiem rybnym, akurat niedziałającym, kiedy koło niego przech0odziłam.
Stacja metra w Gurgaonie GURGAON (29) Slumsy w Gurgaonie Brak wody w Indiach

Rozgość się, wpadaj, kiedy chcesz! Posłać Ci zaproszenie, kiedy pojawi się tu coś nowego?

Zostaw namiary!

 

You may also like

  • czyli człowiek nie może a zwierzę tak? :) ja zawsze mam mieszane uczucia do takich miast. z drugiej strony, rozumiem ich potrzebę wybudować coś co kojarzy się wielu z międzynarodowymi standardami biznesowymi.

  • asiaya

    Moje uczucia nawet nie są mieszane. Jestem na „nie” :) Myślę, że taki szybki rozwój na piasku – dosłownie i w przenośni, niezbyt się większości społeczeństwa przysłuży. Że powstały – nie dziwię się – wszedł kapitał, przysłał menadżerów, a tutaj ani biur dla nich, ani mieszkań. Dla lokalnych pracowników migrujących do stolicy też zresztą nie. W Delhi praktycznie nie ma biurowców i myślę, że załatwianie pozwoleń na nie zajęłoby wieczność. Dopiero niedawno rozpoczęła się budowa sporego kompleksu w południowym Delhi (południowe, w praktyce centrum). Wiadomo, że nie można się spodziewać po azjatyckich metropoliach, żeby zaczęły teraz odtwarzać ulice Paryża, ale kontrast między „moje” a „wspólne” *tfu, „niczyje” jest porażający.

  • Ciekawy wpis. Wspomniałaś o ekspertach, którzy mieszkają w tych wieżowcach. Ci z Zachodu też? Gdzie mieszkają Ci, którzy pracują w firmach ze wspomnianej śmietanki Fortune 500?

  • asiaya

    Dzięki!! Tak. tam mieszka większość ekspatów z koncernów. Niektórzy mieszkają na południu Delhi, gdzie zabudowa jest bardziej willowa (nowe domy najczęściej mają po 3-4 piętra, na każdym piętrze mieszkanie 120 – 230 m2. Między Delhi a Gurgaonem jest tez pas terenów, gdzie są tzw. farm house, czyli ogromne wille w jeszcze większch ogrodach. Hacjendy takie. Do wynajęcia od 5 tys EUR, ale jakość konstrukcji i instalacji często jest jeszcze gorsza niż w tych nowych apartamentach.

  • futrzak

    No taki drugi Dubaj, tyle ze bez infrastruktury smieciowo-kanalizacyjnej plus wszechobecne wszedzie slumsy. No i ten brak chodnikow, taki amerykanski… bo wiadomo, wszdzie samochodem z kierowca :-/
    Koszmar, nie miasto.

  • asiaya

    No właśnie. Tylko pracuj i wydawaj w mallach, ewentualnie poruszaj się od płotu do płotu Twojego kompleksu mieszkaniowego. Żyć, nie umierać. To ja już wolę Delhi! Chociaż w jednym mi się Gurgaon podobał – było widać w metrze sporo młodych, ale zachodnio ubranych, pracujących dziewczyn.

  • Adrian

    A miałem tam być .. heh :| Najgorsza sprawa to faktycznie infrastruktura, brak rurociągów, kanalizacji itp… ale czytałem gdzieś, że mają budować elektrownię dla Gurgonu…

  • asiaya

    Nic straconego, może jeszcze przyjedziesz :) Chociaż jak zaczną to wszystko ogarniać i budować elektrownie, to już nie będzie „zabawnie”. Będzie „normalnie” :)

  • czmiel

    Na pierwszy („bardzo” pierwszy) rzut oka wszystko wygląda zaskakująco dobrze. Ale po chwili zaskakuje (a może nie zaskakuje? może to są właśnie Indie?) brak chodników, kanalizacji, ten nieszczęśliwie wyglądający targ rybny… Kilka miesięcy temu moje życie przewróciło się do góry nogami i zaczęłam bardziej interesować się kulturą Indii. Dotychczas nie wychylałam nosa poza granice Europy, wiedzę o Indiach ograniczałam tylko do pokazów slajdów z podróży moich znajomych i wstyd się przyznać, myślałam bardzo stereotypowo. Na Twój blog trafiłam zupełnym przypadkiem, znalazłam Cię w którymś z komentarzy na Instagramie, gdzie wspomniałaś, że mieszkasz obecnie w Delhi. Obiecałam sobie, że przeczytam Twojego bloga „od deski do deski”, ale… dopiero po sesji ;) Pozdrawiam ciepło i „do napisania” gdzieś w sieci! ;)

  • asiaya

    Czmiel, miło mi, że wpadłaś! Zapraszam po sesji zatem! Blog zaczęłam pisać na bloxie i tam jeszcze wisi sporo starych wpisów. Przenoszę je powolutku na nowy.

    Ja swoją rewolucję przeszłam 5 lat temu i podobnie jak Ty – nie za bardzo byłam zainteresowana eksplorowaniem świata poza Europą. Trochę czytałam oczywiście, ale ruszyć mi się nie chciało :) Za miesiąc wyprowadzam się z Delhi, ale Indie na pewno pozostaną częścią mojego życia. No i przez nie zostaję w Azji :)
    Co do Gurgaonu to to jest właśnie symptomatyczne – niby wszystko de luxe i posh, a jak poskrobać paznokciem… olewka i bylejakość. Nie wszędzie oczywiście, ale przy takim tempie budownictwa po prostu brakuje doświadczonych fachowców, za to nie brak takich, co na boku lody kręcą. Plus ogromne infrastrukturalne braki. Takie braki u podstaw.
    Pozdrawiam serdecznie i… do nauki!! :)