Jarosław Kret – „Moje Indie”

ksiazkipodroznicze3kretmojeindiePrzybysz z Zachodu nierzadko stara się Indiom zarzucić a to brud, a to biedę czy też zacofanie, głód, suszę, powodzie, zarazy, przeludnienie, korupcję, wyzysk, niesprawiedliwość społeczną, permanentne upały, hałas, tłumy żebraków, slumsy, zanieczyszczenie powietrza i zatrucie środowiska, wciąż efektywnie funkcjonujący system kastowy, wykorzystywanie małych dzieci do pracy i tak dalej, i tak dalej. 

Jarosław Kret (aż chciałoby się dodać: sympatyczny pogodynek, bo bardzo w kontekście pasuje) Indiom tych wyrzutów nie czyni. Prawdę powiedziawszy, nic im nie wyrzuca, nic nie krytykuje, na wszystko znajdzie wytłumaczenie, niektóre nawet sam wymyśla. Albo mu się tak wydaje:

Po pewnym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że święte krowy są w Indiach symbolem i synonimem wegetarianizmu. Gdyby bowiem każdy Indus postanowił żywić się mięsem, dajmy na to krowim, to Indie nie dałyby rady wyprodukować mięsa dla ponad miliarda ludzi. (…) Okazuje się, że bardziej się opłaca hodować dla ludzi warzywa, owoce, zboża, ryż, niż poświęcić te pola na produkcję zielonej żywności dla krów. 

Wydawało mi się, że to fakt ogólnie znany i często pojawiający się jako argument w dyskusjach nt. wegetarianizmu. Kuriozalne jest jednak tłumaczenie, że krów się nie je w Indiach, ponieważ nie starczyłoby ich dla wszystkich. Kto, jak kto, ale przeciętny Indus mało się przejmuje tzw. „resztą”. Konsumpcja innych dóbr, które nie kolidują kulturowo, rozwija się w zastraszającym tempie, i to bez względu na jej koszty dla środowiska. Jeśli Indus kupuje samochód, to cieszy się przede wszystkim, że go na niego stać, że jego życie będzie bardziej komfortowe czy, że sąsiedzi mu będą zazdrościć. Nie zastanawia się nad tym, jak fatalne w skutkach byłoby, gdyby każdy Indus posiadał samochód czy dwa. To jest typowe dla „wyposzczonych” krajów, które weszły na ścieżkę kapitalizmu: najpierw wszystko zachwyca, mami i tylko brak gotówki może stanąć na przeszkodzie w konsumpcji. Dopiero w państwach bogatych pojawiają się głosy „przesyconych” uświadamiających wpływ zachowań pojedynczej jednostki w skali makro. Ale ja przecież nie o tym chciałam…

Wracając do Kreta: jego 5-letni związek (na odległość) z Indiami zrodził się z osobistego zauroczenia indyjską aktorką Tannishthą Chatterjee, która zresztą od czasu do czasu pojawia się na kartkach książki jako jego towarzyszka podróży czy delhlijskich eskapad. Dowiadujemy się także, że pomieszkiwał w domu jej rodziców i jego osobiste spostrzeżenia nt. życia delhijskiej rodziny klasy wyższej/średniej są, w moim odczuciu, najciekawsze. Bardzo podobał mi się opis poranka z wielokrotnie dźwięczącym dzwonkiem u drzwi i korowodem służących i sprzedawców, które przewijają się przez indyjskie domostwo każdego dnia. Ze współczuciem czytałam opisy upałów (chociaż obecnie mamy ich przeciwieństwo – oczywiście na miarę Delhi :) ).

Gdy sięgnęłam po tą książkę dwa lata temu, jeszcze przed przyjazdem do Indii, odkrywcze były dla mnie tematy hidźrów czy polskich dzieci – uchodźców w Indiach. Chwała mu też za kilka stron poświęconych Bhutanowi.

Pozostałe rozdziały, w których porusza problemy, np. małżeństw aranżowanych, sytuacji kobiet, indyjskich korporacji rodzinnych, hinduistycznych świąt czy wspomnianych już świętych krów, przypominają raczej wypracowania na zadany temat i to raczej powierzchowne. Na pierwszy kontakt z Indiami – ujdzie, ale co bardziej zorientowani czytelnicy i czytelniczki wynudzą się jak mopsy. Nie jestem specjalistką od Indii i nie wiem, na ile te informacje są rzetelne. Mi wpadła w oko mała… może nie pomyłka, ale nieścisłość. W rozdziale „Parę zdań o życiu kobiet w Indiach” wspomina słynną Królową Bandytów, Phoolan Devi twierdząc, że jest obecnie znaną działaczką polityczną. Phoolan Devi, owszem, BYŁA nią, ale nie żyje od 2001 roku (książka została wydana w 2009).

„Moje Indie” to mieszanka takich właśnie mini-wykładów na podstawowe tematy i opowieści o osobistych przeżyciach podróżnika (lub turysty), a wszystko to podane w bardzo specyficzy sposób, który jednym się wydaje zabawny, innych przyprawia o apopleksje. Określiłabym go właśnie stylem „sympatycznego pogodynka”, stylem osoby, która zarazem chce być słit i kul. Poniżej kilka próbek:

Indusi piją alkohol. Ale piją raczej mężczyźni niż kobiety. Mężczyźni piją bardzo mocne trunki. Klasa średnia pije whisky i piwo, biedota swego rodzaju bimber (…).

Coś Wam to przypomina? Może wypracowanie pierwszoklasisty? Albo polski dla początkujących? No właśnie, pytań retorycznych jest tam też mnóstwo:

– I cóż z tego?- zapytacie. Ano to, że srebro ma działanie antyseptyczne. Czyli zabija bakterie.

Kret wciąż podkreśla swoje pozytywne nastawienie i nawet gdy początkowo nie był „dobrze nastawiony” do Waranasi, to „niewiele czasu trzeba, by zaczął pozytywnie nastawiać się do tego miejsca”. O znajomych europejskich dziennikarzach, którzy przyjęli go w swoim delhijskim domu, pisze:

Od początku źle nastawili się do tego kraju i chyba niestety to nastawienie odpłaca się im nienajlepiej. Niedługo po przyjeźdie przeszli ostrą chorobę spowodowaną amebą, a przecież są przesadnie ostrożni.

Jak można się spodziewać entuzjazmu po ludziach, którzy przeszli ciężką chorobę? Prawdę powiedziawszy, nie rozumiem tych wręcz histerycznych prób nawracania bliźnich na swego rodzaju „pozytywizm”, co często się zdarza europejskim turystom w Indiach: myśl pozytywnie, nie zauważaj brudu, nędzy. Co? Nie chcesz jeść w tych warunkach? Ale z Ciebie mieszczuch! Mała dygresja: nigdy nie zauważyłam, żeby ktoś namawiał Indusa do zjedzenia steku wołowego ignorując jego kulturowe uwarunkowania. Natomiast notorycznie spotykam się z lekceważeniem tychże w stosunku do Europejczyków, którzy jakoś nie potrafią się delektować posiłkiem w brudnym otoczeniu.

Kret ignoruje wskazówki znajomych, myje zęby wodą z kranu i dumny jest, że pomimo tego nie zachorował. Jak dla mnie – Stefek Burczymucha. Nie słucha nawet rad Indusów, którzy co prawda często kupują uliczne jedzenie, ale nie każde, nie wszędzie i nie o każdej porze roku! Tu uczciwie przyznaje, że konsekwencje się zdarzały :)

Rozdział o higienie osobistej jest, jak dla mnie, wielką pomyłką. Myślę, że sama koncepcja czystości jest bardzo różna w kulturach Indii i Europy. Prześledzenie ich kształtowania się byłoby na pewno ciekawe, ale Kret woli „liznąć” temat pod hasłem: Indusi czyścioszki i Europejczycy brudasi (sic!) Zazwyczaj turyści mają odmienne wrażenie i niejeden zachodzi w głowę, dlaczego tu, do cholery, tak brudno?? Kret by to zapewne wyjaśnił negatywnym nastawieniem i niemożnością zrozumienia skomplikowanej indyjskiej duszy przez prostackich Europejczyków.

(…) ale który Europejczyk jest zrazu w stanie objąć swoją wyobraźnią – przyzwyczajoną do płaskiego pojmowania świata – wielopoziomowość indyjskiej rzeczywistości?

Podsumowując mój przydługi wywód: „Moje Indie” to książka zakochanego mężczyzny, a jak wiadomo, zakochani nie są w stanie odbierać obiektu swoich uczuć w sposób nawet zbliżony do obiektywizmu :))

You may also like