Joanna Irzabek „Indie spółka z o.o.”

Joanna Irzabek "Indie spółka z o.o."

Trzeba mieć twardą skórę, żeby pisać o Indiach. Nie znam kraju, o którym by dyskutowano równie zaciekle, nieprzejednanie, do pierwszej krwi. Internet pełen jest mniejszych i większych awantur na temat: „Indie – tak czy nie?” Każdy temat, poczynając od jedzenia, bezpieczeństwa, podróży, sytuacji kobiet, a kończąc na kwestii mitycznych „prawdziwych Indii” budzi ogromne kontrowersje. Każda teza rodzi dziesiątki antytez, a wszystkie mają swoich zagorzałych zwolenników gotowych walczyć o nie do upadłego.

Coraz mniej mam do tego serca, co zresztą da się zauważyć na blogu.

Zapytana, dzielę się swoim zdaniem, potrafię je uargumentować, ale rękami i nogami bronię się przed wciąganiem w czasochłonne dyskusje, zwłaszcza z osobami ewidentnie cierpiącymi na indyjską odmianę syndromu sztokholmskiego. Od takich dyskusji pod tezę mądrzejsza nie będę.

Nadal jednak lubię słuchać – tak po prostu – o cudzych doświadczeniach. Nie łudźmy się, nikt, kto tu przebywa, nie ma równego dostępu do każdej części społeczeństwa, nawet nie do reprezentatywnej jego części. Nie zgadzam się z opinią lansowaną przez wielu, że „prawdziwe Indie” to te, których życie toczy się na ulicy. Indyjską ulicą rządzą mechanizmy często dla niewprawnego oka ukryte,  to mały wycinek tutejszej rzeczywistości, a do domów, biur, rodzin i serc Indusów wcale nie jest aż tak łatwo się dostać.

Nigdy mi nie dosyć słuchania ludzi, a książka Joanny Irzabek „Indie spółka z o.o.” składa się właśnie z takich opowieści osób z różnych środowisk. Poznajemy wesołego szewca z mumbajskego slumsu, ambitnego startupowca z delhijskiej satelity – Gurgaonu, wyemancypowanego przedsiębiorczego Dalita, młode Induski na wydaniu i ich rodziny, mieszkańców wiosek protestujących przeciwko rządowym planom budowania tam, aktywistów politycznych. Galeria postaci jest spora i jest to niewątpliwie wielka zaleta książki.

Jednak są i wady. Uderza przede wszystkim poszatkowanie tekstu na bardzo krótkie rozdziały, co w efekcie daje bardzo powierzchowny obraz postaci, które i tak szkicowane są dosyć grubą, czasami lekko karykaturalną kreską. Do tego tło społeczno-polityczne wyłożone jest tak łopatologicznie, a czasami wręcz infantylnie, że niektórzy mogą poczuć się lekko zniesmaczeni. Brakuje podstawowej weryfikacji opowieści bohaterów, konfrontacji. Niektóre z opowieści brzmią fantastycznie, a że indyjska rzeczywistość potrafi być absurdalna, niezorientowany czytelnik może mieć problem z odróżnieniem faktów od zwykłego bajdurzenia i fantazjowania. Nie znając Indii, trudno by mi było uwierzyć, że młody biznesmen może zupełnie na serio powiedzieć coś takiego:

„Tak, żyje w kokonie. W biurze chłopak przynosi mu herbatę, asystentka planuje jego dzień, kucharz gotuje mu obiady, pokojówka pierze ubrania. Szofer wsadza go do samochodu.

-To znaczy…- urywa – Sam wsiadam do samochodu. Ale jeśli mógłbym, kazałbym mu się tam zanosić”

Wrażenie infantylności potęgują – rzadkie na szczęście, ale jednak – porównania i nawiązania do dziecięcych bajek („sympatyczny jak Miś Colargol”), co w pierwszym odruchu kazało mi się zastanowić nad wiekiem autorki.

Mimo wszystko warto pokusić się o przeczytanie tej pozycji. Polski rynek wydawniczy nie rozpieszcza czytelników ciekawych indyjskiego życia, a tutaj trochę tego życia można dotknąć.

You may also like