Klub

klub 10Z sygnałów, jakie do mnie docierają, wnioskuję, że największą ciekawość czytelników bloga wzbudza kwestia, jak się w Indiach znalazłam i „co ja tam robię?”. Zgodnie z prawdą wyjaśniam, że przyjechaliśmy tutaj z powodu pracy mojego męża i wtedy od razu słyszę: „A Ty pracujesz?” Gdy odpowiadam przecząco, wiele osób czuje się w obowiązku zachęcania mnie, abym znalazła sobie „jakieś zajęcie”. Co dziwne, w większości są to osoby, które trafiły do mnie przez mój blog, więc teoretycznie powinny wiedzieć, że „jakieś zajęcie” – i to całkiem czasochłonne  –  mam. Sytuacja i problemy partnerów ekspackich pracowników (bo to nie tylko kobiety) to jest temat rzeka i coraz bardziej widzę, jak mała jest ich świadomość. Obiecuję wpis o tym, ale póki co postanowiłam uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić, jakie to „zajęcia” pochłaniają mnie w Delhi.

Otóż jednym z moich ulubionych i bardzo satysfakcjonujących jest uczestnictwo w bibliotecznym klubie dyskusyjnym w miejscowym Instytucie Cervantesa. Brzmi jak parafialne kółko biblijne? Może. Ale nic bardziej mylnego!

Kluby takie są prowadzone w kilku innych zagranicznych instytutach, ale ponieważ Hiszpania to moja druga ojczyzna, a hiszpański – drugi język, nie miałam wątpliwości, który wybrać. Na dodatek klub ten rozpoczął działalność krótko po naszym przyjeździe i współtworzenie go od podstaw było dodatkową frajdą. Zaczęło się od tego, że komuś się bardzo chciało coś takiego zrobić. Oddolnie znaczy. Jedna z zapalonych czytelniczek, moja znajoma, bardzo o to zabiegała. Sama wyszła z taką inicjatywą, a IC na to przystał i zapewnił wszystko, co do funkcjonowania takiego klubu potrzeba: miejsce, lektury, merytoryczną opiekę. Inicjatywa rozkręciła się pięknie. Klubowiczów szukaliśmy raczej drogą pantoflową, bo zależało nam na tym, aby grupa funkcjonowała harmonijnie jako całość i każdy wnosił do niej inny punkt widzenia. Pozostaję pod wrażeniem tego, ilu rzeczy o ludziach i Indiach nauczyłam się przy okazji:

  • Na początku trudno było zachęcić do udziału młode Induski. Przyczyna była bardzo prozaiczna: gdy wychodziliśmy ok 20.00, w Delhi panowała noc (niezależnie od pory roku), a jak wiadomo, Delhijki bardzo ograniczają wszelkie samodzielne wyjścia na miasto po zmroku. Jest to wielka szkoda, bo wiele z nich jest wykształconymi, biegle mówiącymi po hiszpańsku, nowoczesnymi młodymi kobietami. Na szczęście kilku z nich udało się zorganizować tak, by bezpiecznie wracać wieczorami do domów i dołączyło do nas. Zawsze chętnie ich słucham, są dla mnie kopalnią wiedzy o indyjskim społeczeństwie.
  • Ciekawą odmianą jest słuchać ludzi, którzy literaturą nie zajmują się z racji zawodu/wykształcenia, a ze zwykłej przyjemności czytania. Owszem, dziwi mnie trochę, jak np. w wieku ok. 50 lat można oceniać bohaterów jedynie w kategoriach dobry/zły. Jednak szczere przyznanie się do trudności w zrozumieniu tekstu jest lepsze od brnięcia w pseudonaukowe tłumaczenia. Co nie znaczy, że nie cenię wkładu tych bardziej oczytanych erudytów. Od początku obowiązywała zasada, że każda wypowiedź jest dobra, nie podlega ocenie. Nie ma tutaj uczniów i nauczycieli, każda opinia liczy się jednakowo. Takie podejście przyniosło nieoczekiwane rezultaty: ludzie naprawdę się otworzyli, ośmielili, pozbyli kompleksów w stosunku do „wielkiej” czy „nowoczesnej” literatury. Czasami dyskusja zjeżdża na bandę poprawności politycznej i bywa gorąco, ale widać, że nikt bez poważnego powodu nie rani uczuć (religijnych czy innych) pozostałych uczestników i nie atakuje bezpodstawnie ich poglądów. Duża lekcja wielogłosowego dyskursu.
  • Mocna, aktywna, choć różnorodna grupa potrafi immunizować się przeciwko wszelkim zamachom na jej demokratyczne wolności. Pewnego razu dołączył do nas młody mężczyzna. Bardzo mu zależało na tym, byśmy przyjęli go do grupy. Nie zrażały go żadne przeszkody. Omawialiśmy akurat Octavio Paza „Vislumbres de la India” (ten meksykański autor mieszkał i pracował przez kilka lat w Indiach). Dyskusja powoli się rozkręcała, gdy nowy klubowicz poprosił o głos. Rozłożył przed sobą drobno zapisany notatnik. Zaległa cisza, a on przetoczył wzrokiem z lewej w prawo, budując napięcie według odpowiednich wskazówek. „Autor” – huknął w końcu – „mówi nam o fenomenie ŚWIĄTYNI!!!” „Gdzie?” – wyrwało się jednej z dziewczyn. Cel pal. Zabita wzrokiem. „Gdy potrzebujecie odpoczynku od rzeczywistości, ukojenia od  trudów życia” –zawieszenie głosu – „dokąd skierujecie swoje kroki?” – kontynuował ociekającym lukrem kaznodziejskim tonem. „DO KNAJPY!!” – padła pierwsza odpowiedź. „Do biblioteki!! Właśnie dlatego tu jesteśmy” – zawtórował mu drugi.  „NIE, NIE, NIE!! DO ŚWIĄTYNI!! DO ŚWIĄTYNI IDZIEMY!” „Dobra, dobra” – łagodził jeden z Hiszpanów. „Może szyneczki? Pierwszorzędny jamón przywieziony prosto z Hiszpanii”. Jamón zaskwierczał pod wpływem wzroku kolegi misjonarza, który zgarnął nerwowo swoje notatki i, nie czekając do końca spotkania, uciekł jak niepyszny. Nigdy więcej go nie ujrzeliśmy.
  • Jedno jest pewne: ludzie przeglądają się w literaturze jak w lustrze, szukają odniesień do własnego życia, osobistych doświadczeń. Chcą się utożsamiać z bohaterami, czerpać wzorce. To jest siła opowiadanych historii i żaden formalny bajer tego nie zmieni. Niby taka oczywistość, ale obserwuję za każdym razem ze zdumieniem i ciekawością, jak w tym samym tekście matka widzi swoje dziecko, matematyczka swoją dziedzinę wiedzy, Indus Indie, a ja – nieoceniony materiał do socjologicznych badań terenowych.
  • Idea zamkniętego, żeby nie powiedzieć: elitarnego klubu sprawdza się w Indiach wyśmienicie. W kraju, gdzie obywatele tyle wysiłku i pieniędzy wkładają w demonstrowanie swojego statusu, im bardziej zamkniety krąg, tym bardziej pożądany!
  • Paradoksalnie kulturalne akcje, które wymagają od uczestników zaangażowania i wysiłku, są częściej przez nich doceniane niż te podane na tacy, gdzie widz przychodzi na gotowe. Do spotkań trzeba się przygotować, przeczytać książkę – często pod presją czasu, bo egzemplarzy wiecznie mało. Do tego od początku i bardzo spontanicznie ustalił się pewien zwyczaj, że każdy, kto może (bez przymusu i ustalania) przynosi coś do wspólnego bufetu. Dobre jedzenie i wino wspaniale parują się z literaturą! Moim tradycyjnym wkładem jest własnoręcznie przygotowana hiszpańska tortilla z ziemniaków.  Gdy raz nie zdążyłam jej przyrządzić, kilka osób było poważnie zawiedzionych :) No to smażę, smażę.

Jednak ostatnie spotkanie klubu miało być szczególnie celebrowane: przypadało na 23 kwietnia, Międzynarodowy Dzień Książki, wielkie święto w Hiszpanii! Polega tam mniej więcej na tym, że zakochani obdarowują się różami i książkami. W delhijskiej praktyce wyglądało to tak, że wszyscy odwiedzający bibliotekę dostawali tego dnia i różę i książkę. Tego dnia odznaczany jest też laureat Nagrody Cervantesa, czyli Nobla literatury hiszpańskojęzycznej (i 90 tys EUR!). W tym roku była to meksykańska dziennikarka i pisarka o swojsko brzmiącym nazwisku Elena Poniatowska. Tak, tak, w jej żyłach płynie polska krew! Jej ojciec był praprawnukiem Stanisława Poniatowskiego, bratanka króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. W Polsce nikt o niej nie ma pojęcia, w Meksyku cieszy się wielką sławą, aczkolwiek może nie powszechnym uwielbieniem.

Mieliśmy więc powody, by świętować. I bardzo mało ochoty, by stać przy garach (gorąco!!).

I wtedy właśnie napisała do mnie przedstawicielka serwisu Foodpanda.com. Czy chciałabym wypróbować ich usługi, to jest stronę internetową, przez którą można zamawiać jedzenie z restauracji z dostawą do domu czy biura. Tego mi właśnie było trzeba!! Tym sposobem Foodpanda.in zapewnił naszemu czytelniczemu klubowi pyszny katering w Dniu Książki. Pyszny, bo wybierałam rzecz jasna ja! Była cieniutka i krucha pizza z mojego ulubionego Amici (zdecydowanie muszę kiedyś napisać o tym miejscu). Sprawiedliwie połowa z nich wegetariańska (ser kozi z cukinią i karamelizowaną cebulą to moja ulubiona), druga połowa wprost przeciwnie – tutaj faworytką okazała się ta z truflową oliwą i szynką parmeńską.

A żeby nie pozostawić Was z cieknącą ślinką, chciałabym i Wam coś sprezentować.

Mam dla Was od polskiego oddziału – Foodpanda.pl 3 vouchery zniżkowe na 20 zł

(przy minimalnej wartości zamówienia 50zł)

Są ważne 24h/dobę do 31.05.2014. Można je wykorzystać przy płatności online – PayPal/ PayU.

Vouchery rozlosuję w najbliższy piątek w południe (9 maja o 12.00) polskiego czasu wśród autorów/autorek komentarzy pod poniższym wpisem, więc będziecie mogli z nich skorzystać już w najbliższy weekend! A można za ich pośrednictwem zamawiać w wielu restauracjach z indyjską kuchnią! Liczy się co prawda tylko jeden komentarz na osobę, ale zawsze możecie kogoś zachęcić do udziału i liczyć na to, że Was poczęstuje w przypadku ewentualnej wygranej ;)

klub 1

klub 3

klub 2

klub 7

klub 6

klub 5

klub 4

klub 9

klub 8

klub (11)

AKTUALIZACJA 9 maja. 16.00:

Uwzględniając poniższe komentarze + komentarze pod tym wpisem na FB szanowne jury podjęło decyzję:

Delhi konkurs 1

I wygląda ono następująco:

Delhi konkurs 2

Zwyciężczynie są proszone o wystosowanie maila na adres asiaya@gazeta.pl. abym mogła przekazać im kody rabatowe droga mailową. Gratuluję i życzę smacznego :))

—————————————————-

Wpis powstał przy współpracy z serwisem Foodpanda.pl

You may also like