Malabar House

Trudno mi znaleźć w Delhi przyjemne, ale niezobowiązujące miejsce na kolację we dwoje czy spotkanie ze znajomymi. Jest sporo luksusowych restauracji w hotelach pięciogwiazdkowych, ale średnia półka wciąż wieje pustką. Z czasem zniechęciliśmy się nawet do wypróbowywania nowych miejsc, bo wrażenia były mocno średnie, a rachunki mocno frustrujące. No cóż, może jesteśmy rozpuszczeni po mieszkaniu w Pradze. Chcąc nie chcąc (nie chcąc!) staliśmy się domatorami, jak nigdy poprzednio. Podwójnie więc cieszę się na wakacje.

Zawsze, gdy miałam trochę czasu, przygotowywałam sobie przed wyjazdem listę potraw, restauracji, kafejek, winotek etc. Sir dorzucał swoją i ruszaliśmy ich tropem, czasami odkrywając po drodze zupełnie niespodziewane perełki. Pamiętam, że kiedyś przed wyjazdem do Madrytu ślęczałam do 4.00 nad ranem, nanosząc nowe miejsca na mapkę. Po 3 godzinach snu byłam co prawda nieco niewyraźna, a mapka przypominała egipskie hieroglify, ale za to nieźle zaskoczyłam Sir’a moją znajomością topografii i gastronomii dzielnicy, w której nigdy wcześniej nie byłam („za drugim skrzyżowaniem w prawo mają fajne tapas!”). Teraz też już przebieram nóżkami przed wyjazdem do Europy, grzebię w internecie, przygotowuję trasę, a na osłodę oglądam archiwalne zdjęcia z wakacji. Tych grudniowych w Kerali.

Bo do moich zachwytów Koczinem muszę dorzucić fakt, że każdy bez problemu znajdzie tam „swoje” kulinarne miejsce. Od ulicznych stoisk przez backpackerskie kafejki, turystyczne jadłodajnie po naprawdę urocze, stylowe restauracje na wysokim poziomie. Ale kameralne, nie onieśmielające przepychem.

Przegląd powinnam zacząć od końca, by na końcu pokazać moją faworytę, ale brakuje mi chyba strategicznego podejścia, więc od razu przejdę do rzeczy: Malabar House. 15 lat temu niemiecko – hiszpańskie małżeństwo, Jörg Drechsler i Txuku Iriarte Solana pochodząca z jednej z gastronomicznych stolic Hiszpanii – baskijskiego San Sebastian, otworzyło w Koczinie mały, ale komfortowy hotel, tzw. butikowy, który był zresztą pierwszym z kilku rozsianych po Kerali.

Nie mieszkaliśmy w ich hotelu, ale nie mógł ujść naszej uwadze lokal, który oprócz restauracji posiadał oddzielną winotekę. Takie rzeczy w Indiach? No, może ewentualnie w Mumbaju. Na dodatek winoteka oferowała tapas, czyli dużo różnorodnych smaków w małych ilościach. A jeszcze, jakby tego było mało, zostały one skomponowane wraz z winem w menu degustacyjne. Już samo przeglądanie kart – restauracji i winoteki – upewniło mnie, że znajdę tu to, co najlepsze z połączenia wielu kuchni, czyli, jak to się teraz mówi „trans-cultural”: „Looking East”, Looking West”, „Looking together”. I tak było. I wracaliśmy tam znowu. I znowu. A ostatnia wizyta była na 2 godziny przed wyjazdem. Dowiedzieliśmy się, że są laureatami wielu nagród, zarówno dla hotelu, jak i restauracji – tych komercyjnych, np. magazynów podróżniczych, ale i państwowych, np. czterech National Awards for the Best Heritage Classic Hotel in India. Co ciekawsze jednak, na samym dole folderu, który o tym informował, firma chwali się programami socjalnymi dla swoich pracowników! Jak dla mnie – świetna reklama!

Tak było:

Wnętrza autorstwa Jörga Drechslera. Prostota, światło, detal. Niezobowiązująco, bez ekstrawagancji, z klasą.

Na dole restauracja i taras z basenem, na górze winoteka i gabinet masażu.

Menu degustacyjne w dwóch wersjach – veg  i non-veg. Jak zwykle zamawiamy obie i dzielimy się nimi między sobą – w ten sposób możemy spróbować jeszcze więcej! :) Bardzo podobało mi się, że poszczególne zestawy były opatrzone imionami kucharzy – pomysłodawców.

Kotlecik z bananów z sosem z tamaryndowca

Krewetki w chrupiącej panierce. Pyszne, była powtórka!

Rozpływające się w ustach malutkie pierożki z serem – zrobiło się trochę polsko :)

Sorbet cytrynowy. Bardzo odświeżający. Aż zatęskniłam za Bożym Narodzeniem i sorbetem mojej szwagierki Rosy z domowych (czyt. nieprzesłodzonych) lodów cytrynowych i bąbelkowego wina. Podaje się toto między daniami – ponoć ma pomóc wchłonąć te góry świątecznego jedzenia następującego po nim, ale  jest tak pyszny, lekki, świeży, że mogłabym na nim już poprzestać :)

Różowe wino

Serowe sfery. Czyli kulki. I ten sos thakaly (indyjski pikantny sos pomidorowy)… Nawet bardziej sos…

Wszystkie degustowane wina pochodziły z dwóch najsławniejszych winnic indyjskich – Sula i Grover. Wina nas nie zaskoczyły, większych nadziei nie mieliśmy, ale i sam produkt młody i rynek. Za to warunki przechowywania i serwowania – nienaganne, czego większość restauracji w ogóle nie bierze pod uwagę, a przecież indyjski upał i wilgotność w czasie monsunu nie są sprzymierzeńcami win. Jeśli miałabym się do czegoś czepiać, to może do mało wyrafinowanego szkła – kieliszki do degustacji są zazwyczaj mniejsze,  ale nie muszą być takie toporne. Ale to szczegół.

Po lewej kalmary, po prawej warzywa w chrupiącej tempurze.

Marynowany tuńczyk

Mój przebój, choć prawie nigdy nie zamawiam kalmarów – ten był przepyszny – o idealnej konsystencji, wypełniony słodkawą masą z owoców morza i warzyw, z delikatną (!!) masalą i mlekiem kokosowym.

Koszyk z pieczywem – tutaj też east meets west!

Klasyk – tradycyjne thali z rybą. Thali z definicji jest jak menu degustacyjne :)

Sir wybrał zachodnią wersję tuńczyka, choć trochę bardziej „done”, niż zazwyczaj. Dobry wybór!

Raz deser, a raz przekąska – deska serów. Jak na lokalne warunki zaopatrzeniowe – OK, ale i tak najbardziej smakował mi… keks. A ja przecież nie przepadam za keksem! Ten był jednak cudownie aromatyczny, a każdy kęs wnosił nowy smak suszonych owoców. Samo ciasto przy tym nie było zbyt słodkie. Może upiec takie? To by było czwarte własnoręcznie wykonane ciasto w moim życiu ;)

Autoportret z imbrykiem :)

Wychodząc z winoteki zauważyłam masażystę przygotowującego się do pracy w gabinecie. No cóż, może następnym razem…

Komentarze archiwalne (aktualne w Disqusie poniżej):

alicjakaja
2013/05/17 22:53:16
Jakie piekne zdjęcia!!! Dobrze, że ostrzegałas, zeby nie oglądac z pustym brzuchem ;) Mój brzuchol pełny, a i tak zjadłabym wszystko :)
asiaya
2013/05/18 05:59:36
Dzięki, Małgosiu. Mam ostatnio fazę na blogi kulinarne (tzn. zawsze oglądałam kilka, w tym Twój, ale teraz więcej), więc wiem, co to znaczy lizać przez szybkę ;)
chiara76
2013/05/18 10:49:25
ja też przyczaiłam się na wpis po śniadaniu;) Bardzo lubię kalmary. Mniam, smaka mi jednak mimo śniadania narobiłaś;)))
asiaya
2013/05/18 13:39:11
Chiaro, cieszę się :)) Miłego weekendu!
duo.na
2013/05/19 14:11:14
Hm… uzyje wyobrazni by zaznajomic sie z potrawami I miejscami, bo na walke z blokadami juz nie mam sil:)
asiaya
2013/05/19 14:48:49
A może tutaj bezpośrednio zobaczysz? fotoforum.gazeta.pl/a/71556.html
Gość: ezydorek, vpn.nch.com
2013/05/22 19:58:41
Naprawde Europejskie klimaty. Az chce sie tam byc. Juz, zaraz. Chociaz dzieki twoim opisom i zdjeciom czuje sie, jakbym juz tam byla….dzieki za uczte.
2013/05/23 18:49:08
Edi :)) Proszę, mam nadzieję, że smakowało! Europejsko, ale to chyba też przez to miasteczko, bo było jeszcze kilka fajnych miejsc.
Gość: czara, 89-79-118-212.dynamic.chello.pl
2013/05/31 14:55:07
Pomijając wszystko to, co napisali Komentatorzy przede mną, to podziwiam za pracowitość. Ja nigdy nie przygotowuję się tak do wyjazdów, jedyne co mnie może ratować to „czuj”.
Ale teraz to już czas na obiad! :)
asiaya
2013/05/31 17:44:00
Czaro, czuj (zwłaszcza „nosowy”) jest włączony zawsze i wszędzie i plany można zmieniać, ale niestety np. ostatnio w Stambule system „spontaniczny” nie wypalił. Zaliczaliśmy wpadkę za wpadką, a jak się nie ma zbyt wiele czasu, to każde rozczarowujące doświadczenie „waży” więcej. Ale fakt, udało nam się znaleźć jedno bardzo fajne miejsce przypadkowo.
Ale w Wenecji np. okazało się, że najlepsza knajpa, w jakiej jedliśmy, mieściła się w blokowisku w dzielnicy na stałym lądzie, nie na wyspie. Nigdy byśmy do niej przypadkowo nie trafili, gdybyśmy o niej nie wiedzieli. W Koczinie może nie jest to aż tak istotne, bo jest malutki i wszystko mieści się w zasadzie w zasięgu spaceru.
Smacznego! :)))

You may also like