Madryt. Jak się nie zgubić

MADRYT 1Nie wiem, czy już jestem post-turystką, czy tylko turystką leniwą. Faktem jest, że listy typowych miejsc MUST SEE wzbudzają we mnie coraz większy opór, a kolejki do turystycznych atrakcji potrafią skutecznie odstraszyć.

Czasami przeglądam sugerowane plany zwiedzania miast w 48 godzin i włosy stają mi dęba. 3 duże muzea w ciągu jednego weekendu? Do tego pałac, spacer (a raczej chyba sprint) po parku, posiłek i przejazd do następnego miejsca. Serio?? Zdarza nam się, że poświęcamy pół dnia na sam obiad, wliczając w to trzy godziny krążenia po mieście, zaglądania do kuchni i obwąchiwania ich przez półotwarte okna. A tu mam właśnie przed sobą ofertę hiszpańskiego biura podróży: W 10 dni odwiedzimy Berlin, Drezno, Pragę, Lednice, Gyor, Budapeszt, Bratysławę, Ołomuniec, Kraków, Oświęcim, Warszawę i Poznań. 12 miast w 10 dni!!! Potem słyszę: „Chyba byłem w Pradze. A może to był Budapeszt.”

Wiem, wiem, czasu wiecznie mało, pieniędzy też, albo co gorsza – i czasu i pieniędzy. W podróży zasoby na koncie potrafią kurczyć się w zastraszającym tempie. Jednak nie ma innego sposobu na poznawanie – czy to miejsc, czy osób –  niż poświęcając im czas. Nie ma. Trzeba ze sobą trochę pobyć i trochę przesiąknąć, wydreptać kilka ścieżek, oswoić, udomowić i pieczołowicie nazbierać wspomnień na zapas.

Z drugiej strony nie jestem zwolenniczką jeżdżenia w ciemno i bez przygotowania. Aż tyle czasu nie mam, żeby każdy zakątek odkrywać na własną rękę. Nie łudzę się, że po prostu wysiądę z samolotu i wszystkie ciekawe miejsca mi się objawią jak, nie przymierzając, Matka Boska na oknie. Jeśli nie mam dobrze zorientowanych znajomych na miejscu, przeczesuję internet, czasami godzinami. Im bardziej osobiste polecenia, tym lepiej, więc blogi są tu niezastąpione. O ile oczywiście nie są przepisywankami z przewodników.

Dyskutowaliśmy ostatnio ze znajomym, który moje przedpodróżnicze rizercze uznał za nadgorliwość i ogólnie kiepski styl. „Lubię odłożyć przewodnik i zgubić się wśród uliczek” – westchnął zblazowany. „To taki eufemizm, prawda?”- podśmiewałam się – „Zgubić to Ty się możesz na Saharze, a to, o czym mówisz, to jest po prostu spacer po nieznanej ulicy. Przy tym cały czas masz świadomość, gdzie MNIEJ WIĘCEJ jesteś. Większość ludzi wcale nie czuje się komfortowo ZGUBIONA. No i dziwnym trafem 90% turystów „gubi się” wyłącznie w obrębie turystycznych stref.”

Oraz prędzej czy później ląduje na głównej arterii bądź placu.

W Madrycie na przykład nie sposób ominąć Gran Vía. Zresztą szkoda byłoby ją omijać, bo pięknie i monumentalnie się prezentuje, najlepiej w słońcu i pod intensywnym błękitem. Liczy sobie zaledwie 100 lat, a już nikt nie wyobraża sobie stolicy bez niej. Pod jej budowę wyburzono stare domy, dzięki temu jest wystarczająco szeroka, by pomieścić chodniki i kilkupasmową jezdnię. Tętni życiem nocą i dniem, chyba nie zdarzyło mi się widzieć ją pustą. Bywa tłoczno, bywa hałaśliwie. Zawsze jednak można z niej odbić w bok, w stronę dzielnic Malasaña, Chueca, czy w przeciwnym kierunku – handlową zacienioną Preciados aż do placu Sol, a stamtąd dalej – do Huertas. Robię tam zakupy, zmierzam nią do kinowego zagłębia Princesas tuż za Plaza España lub wprost przeciwnie – do muzeów na Paseo del Prado.

Tylko jeść tam nie lubię. Mam takie – może bezpodstawne – uprzedzenie do lokali przy głównych ulicach.

Tak czy siak, w Madrycie wszystkie drogi prowadzą na Gran Vía, więc nie liczcie na to, że się tam zgubicie. Chyba, że tak na niby.

Poniżej: kilka ujęć tuż przed lądowaniem na Barajas (niezmiennie mnie zachwyca graficzność tego krajobrazu!), kilka zdjęć Gran Vía i kilka pomniejszych artefaktów z bocznych uliczek.

MADRYT 2

MADRYT 3

MADRYT 4

MADRYT 5

MADRYT 6

MADRYT 7

MADRYT 9

MADRYT 10

MADRYT 8

MADRYT 11.1

MADRYT 13

MADRYT 12

MADRYT 11

MADRYT 14

MADRYT 17

MADRYT 18

MADRYT 16MADRYT 15

MADRYT 19

MADRYT 24

MADRYT 20

MADRYT 22

MADRYT 23

MADRYT 25


MADRYT 21MADRYT 26

You may also like