Nowa kasta – delegaci. Festiwal Filmowy na Goa

festiwal filmowy GOA (1)

Lubię atmosferę festiwali filmowych: oczekiwanie na program, przeglądanie setek opisów filmów, polowanie na bilety , wymienianie się wrażeniami z obejrzanych filmów. Wydaje mi się też, że niektóre festiwale są bardziej nastawione na epatowanie gwiazdami, bardziej glamour (Cannes czy Wenecja), a inne, mniej zapewne sławne, skupiają się na samych filmach i udostępnianiu ich publiczności. Niektóre z powodzeniem łączą obie opcje (np. Berlin i Karlowe Wary). Przyznam się, że najbardziej lubię festiwale „dla publiczności”. Zapewne dlatego, że sama do niej należę :), ale też dlatego, że widoku gwiazd filmowych wcale spragniona nie jestem. Oczywiście miło, jeśli twórca pofatyguje się na festiwal, żeby po seansie porozmawiać z publicznością. Natomiast podziwiać najnowsze kreacje na czerwonych dywanach mogę równie dobrze w gazecie, nie ruszając się z domu i nie przepychając w tłumie.

Dlatego też moimi ulubionymi festiwalami są praski Febiofest czy Warszawski Festiwal Filmowy. Mam też przemiłe wspomnienia z festiwalu Nowe Horyzonty, a dokładniej z jego ostaniej edycji z polsko-czeskiego pogranicza w 2005 roku. Po ponad sześciu latach wciąż pamiętam filmy, które tam obejrzałam, ba! ja nawet pamiętam poszczególne seanse, pamiętam smak zupy grzybowej w przerwie, pamiętam przechodzenie przez most na Olzie do czeskiego Cieszyna. Oba miasteczka żyły tym festiwalem i żałuję bardzo, że przeniósł się do Wrocławia, aczkolwiek rozumiem, że technicznie to było wyzwanie (np. pamiętam koszmarny upał w czasie jednego z seansów, bo kino było stare i nie posiadało klimatyzacji, a kilka wystawionych wiatraków nie na wiele się zdało).

Myślałam, że Międzynarodowy Festiwal Filmowy na Goa to będzie właśnie coś w rodzaju Nowych Horyzontów z cieszyńskich czasów. Odbywa się bowiem w Panaji (czy w polskiej wersji Panadźi), ponad 60-tysięcznej stolicy stanu Goa (oba Cieszyny mają również ok. 60 tys. mieszkańców), który z kolei jest bodajże najbardziej turystyczną częścią Indii – zwłaszcza w okresie zimowym. Postanowiliśmy zatem wpaść do Panaji na 3 ostatnie festiwalowe dni i zaznać osobiście TEJ atmosfery. Liczyliśmy również na kilka smakowitych filmowych kąsków, bo delhijskie kina nas nie rozpieszczają (ich repertuar to 80% Bollywood i 20% Hollywood).

W ramach przygotowań zaglądałam od czasu do czasu na ich stronę, głównie w poszukiwaniu programu. Niestety, praktycznie do otwarcia festiwalu na stronie „wisiał” program sprzed roku. Pomyśleliśmy: Nieważne, coś tam na miejscu od ręki wybierzemy. Po przylocie, już w hotelu, zauważyłam na stoliku w hallu gazetkę festiwalową, a w niej zdjęcie z konferencji z polskim ambasadorem i polskimi filmowcami. Miło się zrobiło :) Na tym niestety festiwalowy trop się kończył, gdyż nikt w mieście nie potrafił nam pokazać, gdzie ten festiwal się odbywa. Kręciliśmy się w kółko pytając, aż poratował nas sympatyczny policjant oraz istri wallah, czyli pan trudniący się prasowaniem.

festiwal filmowy GOA (5) Okazało się, że byliśmy naprawdę blisko. Tak wyglądała brama jednego z kilku miejsc projekcji. Przed bramą, jak to w Indiach – kontrole. Przeszliśmy, ale nie wiem, jakim cudem.

festiwal filmowy GOA (4)

W środku wyglądało to tak (gdzie te tłumy kinomanów?):

festiwal filmowy GOA (3)

Poszliśmy do kasy, szybko zdecydowaliśmy się na najbliższy seans, kasjerka już zaczęła wstukiwać w kasę i nagle prosi o karty. Jakie karty? Festiwalowe karty. Pomyślałam, że pewnie mają opcje karnetów na cały festiwal. Mówimy, że my żadnej karty niet, my tylko na kilka seansów. Ona bez rzeczonej karty w ogóle nie może nam sprzedać żadnych biletów. Pomyślałam: Ojessssu, dobije mnie ta indyjska biurokracja. Mówię:

– OK, OK, idziemy wyrobić karty. Dokąd mam się skierować?

– Nie, madame, tych kart już nie można wyrobić, rejestracja jest zamknięta, była prowadzona 3 miesiące przed festiwalem.

– Tak, kojarzę, że była na stronie rejestracja dla delegatów instytucji państwowych, kulturalnych itp.  oraz prasy, ale my tu jesteśmy prywatnie, jako zwykli widzowie.

– Nie, ma’am, bilety są dostępne TYLKO z kartą.

Dotarło do mnie w końcu, że indyjski festiwal filmowy wcale nie potrzebuje widzów!!!

…………..

O ile do pewnego stopnia mogę się przyzwyczaić do indyjskiego chaosu, o tyle do indyjskiej manii hierarchii nie przyzwyczaję się nigdy. Tutaj, zdaje się, prawem wynikającym z samego faktu człowieczeństwa, jest prawo do oddychania. Wszystkie inne zależą już od statusu, kasty, stanowiska itp. Mnóstwo jest klubów, zamkniętych enklaw. Co ciekawe, nie widzę żadnego sprzeciwu wobec takiego stanu rzeczy. Wydaje mi się, że Indus raczej marzy o tym, żeby dostać się na wyższy stopień tej drabiny, niż żeby trochę tą drabinę zniwelować. 2 przykłady:

Sir rozmawia z jednym z pracowników: „Jesteś z kasty braminów, prawda?” „Prawda” dumnie odpowiada kolega. „A wiesz, że S. też jest?” (S. jest na jednym z najniższych stanowisk, ale to bardzo kompetenty facet) „To niemożliwe!!!!” odpowiada z przerażeniem w oczach. Jak to? On miałby być z tej samej półki, co S.???

Przejeżdżamy samochodem z pośrednikiem nieruchomości obok pola golfowego ustytuowanego w samiutkim centrum New Delhi. Kręcę nosem: Przecież to bez sensu, żeby zamykać taki kawał centralnie położonego terenu i żeby kilkadziesiąt tysięcy ludzi (co najmniej) codziennie musiało nadkładać kilka kilometrów drogi jadąc z i do centrum. Jakie to marnotrastwo czasu, pieniędzy, zanieczyszczenie środowiska!

Na to pośrednik z nabożną czcią w głosie: „Ma’am, to przecież NASZ najbardziej prestiżowy klub golfowy, tylko dla wybranych. Na dodatek na członkostwo można czekać nawet 40 lat!”

Patrzę na niego jak na UFO i mruczę pod nosem: „What are you pierdoling* about?”

*Przepraszam za niecenzuralne, nie jestem zwolenniczką używania przekleństw jako przecinka, ale ten temat wywołuje u mnie emocje i to właśnie jest odpowiednie słowo do ich wyrażenia :)

festiwal filmowy GOA (2)

Komentarze:
almajomos
2011/12/16 11:25:57
Kasty – gorzej niż średniowiecze, ale u nich niestety chyba za bardzo są oczywiste – jak oddychanie – żeby się przeciwstawiać. Maja to we krwi?. Natomiast Twoje zdanie podsumowujące rozwaliło mnie paszczą na bruk he he.
asiaya
2011/12/16 14:05:12
Oj tak, tak, z mlekiem matki zassane. Ja z kolei nie wyprę się, zassałam coś wprost przeciwnego :) A to zdanie się do mnie przyczepiło, od kiedy je pierwszy raz przeczytałam gdzieś na necie. Więc sobie tak od czasu do czasu zamruczę, korzystając z tego, że nikt mnie nie rozumie :)
lusin_z_eire
2011/12/16 19:41:51
chyba teraz to zdanie sie do mnie przyczepi ;) usmialam sie jak norka czytjac to podsumowanie :P
a co do kast to u Sikhow jest troche inaczej z tym, oni okreslaja sie mianem Jatt, ale chyba kazdy Sikh bedzie Jatt ;) wiec podzialu w obrebie spolecznosci na lepszych i gorszych jako takiego nie ma :) moge sie oczywiscie mylic, ale ja sie nigdy nie spotkalam z wartosciowaniem ludzi ze wzgledu na pochodzenie wsrod Sikhow :)
nocna-zmiana
2011/12/16 23:56:49
Kasty kastami, a ja się chcę wypowiedzieć na temat kin i festiwali. Najbardziej kocham filmy w kinie, a im bardziej tradycyjne kino, tym lepiej. Może mnie w tyłek dźgać sprężyna, byle nikt nie łaził z popcornem. Uwialbiałąm wszelkie festiwale, przeglądy i maratony. Chyba w 1999 albo rok wcześniej zrywałam się z zajęć, żeby zobaczyć wszystkie pokazywane ekranizacje powieści Astrid Lindgren. Niemal prosto z maratony filmów Wernera Herzoga leciałam do szkoły, żeby napisać sprawdzian z biologii. Brnęłam przez potworną ulewę, żeby obejrzeć film „Robin Hood – czwarta strzała” kabaretu Potem.
Telewizory są fajne, ale nie ma to jak kino! A już najpiękniej, jeśli lekko pachnie kurzem i rozgrzanym celuloidem. W takich warunkach mogłabym oglądać nawet rumuńskie filmy z nurtu moralnego niepokoju dubbingowane na niemiecki i czytane przez lektora na żywo.
asiaya
2011/12/17 09:35:04
Lusin, tak, z definicji Sikhowie są za równością, ale jest ich tu stosunkowo mało (niecałe 2%). Nawet chrześcijan jest już (nieco) więcej :) Poza tym ta mentalność często się „udziela”, więc nawet muzułmanie czy (o zgrozo!) buddyści mogą mieć coś w rodzaju kast. Ciekawa jestem, jak to wygląda u Hindusów za granicą.
asiaya
2011/12/17 09:46:35
NZ, rozwaliłaś mnie :)) Ja też uwielbiam kina z duszą i długie maratony! :) Dlatego jestem w Indiach kinowo wygłodniała i myślałam, że sobie na tym festiwalu nadrobię zaległości. Cóż, nie udało się :/
Podczas Febiofestów oglądałam średnio 25 filmów (na ok.9 dni bodajże), miałam rozpiskę w Excelu przygotowywaną tydzień (z takim wyprzedzeniem publikowali program) i jak tylko otwierali kasy, leciałam z wydrukiem i kupowałam bilety hurtem na cały festiwal. Fakt, potem z miesiąc nie mogłam patrzeć na kino, ale co za wspomnienia!
Febiofest miał bardzo dobry wybór, myślę zresztą, że większość filmów krążących po festiwalach się powtarza i chyba nie ma sensu jeździć bardzo daleko.
kasia.eire
2011/12/18 00:53:48
jak przeczytałam ‚what are you pierdoling about’ to się uśmiałam jak norka, Swietne, kupuję.
A jeśli idzie o festiwal to ja taki numer odwaliłam kiedyś na festiwalu w Gdyni, wypisz wymaluj to samo. Nie trzeba do Indii jechać, zeby tego doświadczyć
asiaya
2011/12/18 06:00:42
Witaj, Kasiu, jak mi milo, ze wpadlas. Nie przypuszczalam, ze to wyrazenie takie zarazliwe jest! Co zlego, to nie ja :))
Co do festiwalu: Chodzi Ci o to, ze w Gdyni tez zwykli widzowie nie maja wstepu? Na ich stronie widze co prawda, ze sa akredytacje dla publicznosci rowniez, ale sa ceny pojedynczych biletow, wiec moze „z doskoku” tez mozna kupic? Nigdy nie bylam na festiwalu w Gdyni, a w prasie widac tylko zdjecia gwiazd, wiec obstawiam, ze to taki typ festiwalu. Tylko, ze gwiazdy tez potrzebuja tla w postaci widzow, prawda?
Gość: AskaG, 182.178.255.23*
2011/12/19 13:57:02
oj, tez mnie te kasty – ktorych przeciez nie ma w PAki :0 – wykanczaja. i to subkontynentalne – nikt nic nie wie (spytaj o ulice, to pokieruja cie, jesli sami na niej mieszkaja, w innym wypadku wysla cie w inna czesc miasta:)) i to nie nie robienie caly rok, a potem wszystko na ostatnia chwile. zaloze sie, ze jesli poszlabys sie poklocic do jakiegos biura, to by Wam wydali te karty
asiaya
2011/12/19 16:07:44
Asiu, a propos nikt nic nie wie – od roku zbieram sie, zeby napisac o delhijskich taksowkach :) Temat budzcy emocje. Wiem, czasami można się wykłócić lub załatwić po tzw. „znajomości” (a mieliśmy), tylko, że to wakacje i machnęliśmy ręką. Nie żałuję w ogóle. W końcu chciałam poznać specyfikę indyjskiego festiwalu i poznałam :)
kasia.eire
2011/12/20 12:26:09
wiesz, to już było ze 20 lat temu, teraz może mają widzów z ulicy, wtedy okazałam się naiwna. Chociaż dawano taki hint hint że mogą widzowie przyjść i kupić bilety, ale kiedy lądowali u bram, wszystkie okazywały się wyprzedane. Miałam wtedy przyjaciele dziennikarza kulturalnego i powiedział, że nie było nikogo spoza branży, tylko prasa i twórcy oraz jury
asiaya
2011/12/20 12:46:29
Miejmy nadzieję, że na gdyńskim festiwalu poszli po rozum do głowy i się coś w tym czasie zmieniło :) Polskie kino to i tak temat dosyć hermetyczny, po co jeszcze widzów odstraszać? I to takich zapalonych widzów :)
lazy_sod
2013/01/06 21:17:43
W takich sytuacjach zazwyczaj pomaga przysłowiowe rżnięcie głupa: nie mam, nie wiem, nie pamiętam, zgubiłem, zapomniałem. Zagubiony Sahib któremu trzeba pomóc. Z uwagi na kolor twojej skóry nie poślą cię na drzewo i będziesz przekazywana wzwyż hierarchii aż natrafisz na osobę która jest zdolna rozwiązać twój problem.
Powiedzmy że jest to jakiś Kumar Sharma, jedno jest pewne, będzie on przekonany o swojej ważności i wadze zajmowanego stanowiska. Twoim zadaniem jest go w tym przekonaniu utwierdzić. Zacznij rozmowę od pogody albo tego jakie ładne ma biuro, zapytaj się skąd jest, jeśli wiesz cokolwiek o stanie z którego pochodzi powiedz że tam byłaś i jest to najlepsze miejsce w całych Indiach. Niech czuje się ważny. Po jakimś czasie przejdź do swojego problemu a on z chęcią go rozwiążę. Kolor skóry plus (post)kolonialna mentalność wielu Hindusów rozwiązało parę moich problemów.
asiaya
2013/01/07 11:48:22
Lazy-sod, hahaha, znam tą metodę, aczkolwiek staram sie korzystać z niej jak najrzadziej. Zresztą właśnie tym sposobem – aczkolwiek nieświadomie – weszliśmy bez identyfikatora na teren festiwalu. Powiem Ci, że znaliśmy jednego z organizatorów, zadzwoniliśmy do niego, ale nawet on nic nie wskórał. Wydaje mi się, że oni fizycznie nie mieli możliwości wydrukowania tych identyfikatorów. Nasz znajomy zaproponował, że odda swój ID, ale po pierwsze byliśmy we dwójkę, po drugie aż tak bardzo nam nie zależało, bo (po trzecie) w Panjim i okolicach mieliśmy aż nadto rozrywek.
Dziwi mnie tylko, jak można olewać publikę. Z drugiej strony – w elitystycznych Indiach nie powinno mnie to dziwić ;)

You may also like