Paul Theroux – „The Elephanta Suite”

elephantaSięgnęłam po tę książkę (a kosztowało mnie to trochę zachodu) po zachęcającym wpisie Chihiro. Znalazłam w niej niemal wszystko to, o czym pisze Chihiro i dużo więcej! Zapewne nie chciała zamieszczać spojlerów, żeby nie psuć przyjemności odkrywania historii na własną rękę. Obawiam się, że nie potrafię być tak powściągliwa, za co z góry przepraszam.

The Elephanta Suite składa się z trzech dosyć rozbudowanych opowiadań, których wzajemne powiązanie jest zaznaczone w kilku epizodach, np. w drugim opowiadaniu bohater mija na drodze dziewczynę, której historia jest przedstawiona w trzecim tekście itp. Wspólnym, łączącym wszystkie teksty motywem jest, jak na Indie przystało, słoń, który jest zarazem postacią i dekoracją, rzeczywistością i metaforą.

Przy całym moim zachwycie, muszę przyznać, że lektura pierwszego opowiadania, Monkey Hill, znudziła mnie nieco. Być może dlatego, że kilkutygodniowy urlop w najbardziej nawet luksusowym, ale zamkniętym SPA, o czym traktuje ten tekst, byłby dla mnie torturą.

Amerykańskie małżeństwo około pięćdziesiątki tak właśnie spędza – pozornie razem – swój urlop w Indiach, przedłużając pobyt co piątek o następny tydzień. Wpadli w rytm posiłków, masaży, porannych zajęć jogi, leżakowania nad basenem, dnia zorganizowanego przez dyskretnych, ubranych w białe uniformy i miłych do bólu służących. Luksusowy hotel staje się schronieniem, oazą, światem samym w sobie. Nie lubię określenia „prawdziwe Indie” w odniesieniu tylko i wyłącznie do ciężkich warunków egzystencji biednych Indusów i dyskomofortu podróży mniej zamożnych turystów. Wszystko jest prawdziwe: i pełne blichtru SPA, i biedna wioska u jego bram, i przyjęcia w bajkowych sceneriach i uliczne kuchnie bez prądu i wody. Słysząc, że Indie są krajem kontrastów, można sobie wyobrazić, że te skrajne światy egzystują obok siebie, doskonale oddzielone murami, bramami i strażnikami. Fakt, w Indiach wkłada się dużo energii i pieniędzy w tworzenie tego typu „oaz”, ale jednak nie są tak szczelne, jak by się wydawało. Kiedy ci, poruszający się na drugim planie, służący wchodzą w relacje z hotelowymi gośćmi, przynoszą ze sobą powiew świata „zza muru”. Relacje te jednak, aczkolwiek stojące poza, a nawet przeciw normom hotelowym, nie wykraczają poza stereotyp.

Audie ma już sporą praktykę w zdradzaniu żony. W trakcie masażu przypomina sobie swoje ex-kochanki i dziwi się, jak mogły utożsamiać pożądanie z miłością i budować na nim jakiekolwiek nadzieje na przyszłość. Jest przyzwyczajony do tego, że jego związki trwają dopóty, dopóki go bawią. Bierze, co chce i rzuca, kiedy chce. Z indyjską masażystką teoretycznie powino pójść jeszcze łatwiej. Dziewczyna sama wysuwa dwuznaczne propozycje i kusi, on wie, że ona jest na wyciągnięcie ręki i tak!, jak najbardziej jest zainteresowany. Odkrywa jednak, że jej flirtowanie nie ma nic wspólnego z pożądaniem, że dziewczyna robi to wbrew sobie. On po prostu jest jej jedyną nadzieją na wyrwanie się z nędznej egzystencji. Czar pryska.

Tymczasem jego żona odnajduje panaceum na kryzys wieku średniego w postaci młodego i zapatrzonego w nią Indusa. Jakież jest jej zdziwienie, gdy, po dosyć żenującej randce, upomina się on o prezent! Beth jest święcie przekonana, że to raczej on ma u niej dług wdzięczności. Tak to zna z własnej kultury: mężczyzna „bierze”, kobieta „daje”. Zapomina, że w oczach chłopaka jest przede wszystkim stworem z innej planety o nieograniczonych zasobach pieniężnych, a wchodzenie w relacje z nią, zaspokajanie jej oczekiwań, to po prostu sposób, by coś z tego wręcz mitycznego skarbca uszczknąć.

Dwight Huntsinger, protagonista opowiadania „The Gateway of India”, przyjeżdża do Indii w sprawach służbowych, wbrew własnej woli. Czas spędza wyłącznie w biurze i w najlepszym apartamencie najlepszego bombajskiego hotelu. To, co widzi przez okno, napawa go obrzydzeniem. Jego jedynym posiłkiem staje się tuńczyk w puszce, którego zapas przywiózł we własnej walizce. Prawdę powiedziawszy, motyw ten, aczkolwiek bardzo symboliczny, wydaje mi się mało prawdopodobny. O ile mogłabym zrozumieć, że w wielu miejscach w Indiach higiena posiłków pozostawia do życzenia, o tyle  jestem święcie przekonana, że w pięciogwiazdkowych hotelach można wyśmienicie zjeść i każdy znajdzie coś dla siebie, a cena, o ile rozumiem, nie odgrywała w jego przypadku żadnej roli. Sama pamiętam swoje przerażenie pierwszego dnia w Delhi, kiedy nic, absolutnie nic nie wydawało mi się jadalne. Jedynym moim posiłkiem tego dnia był czekoladowy muffin w sieciowej kawiarni, spożyty zresztą bez żadnego entuzjazmu, zwłaszcza po tym, jak przed samym nosem przebiegł mi karaluch. Biorąc więc pod uwagę fobie Huntsinger’a, trudno uwierzyć, że z własnej, nieprzymuszonej woli wybrał się na spacer po slumsowatych ulicach Bombaju. Jednak to zrobił, jak również zgodził się pójść za przypadkowo poznanymi osobami do, jak się okazało, burdelu zatrudniającego nieletnie prostytutki. To doświadczenie otworzyło go nie tylko na odtrącaną i pogardzaną do tej pory stronę indyjskiej rzeczywistości, ale wręcz uzależniło go od niej. Trudno postronnemu czytelnikowi zrozumieć amok, w jaki popadł bohater, który od tej pory wręcz zabiega o skierowanie do Bombaju, gdzie żyje w „związku” z dwiema dziewczynkami, a pośrednio utrzymuje również ich bliskich. Ten argument służy mu zresztą jako wymówka przed sobą samym. Oszukuje się, że zmienił się za sprawą Indii, w Stanach byłby innym człowiekiem. Jednocześnie fascynuje się dżainizmem, który poznaje poprzez swojego najbliższego indyjskiego współpracownika. Shah jest człowiekiem żelaznych zasad, zgodnie z wyznawaną przez siebie religią nie je niczego żywego, a nawet niczego, co mogłoby zawierać żywe istoty, choćby najmniejsze. Jeśli jabłka, to tylko zbierane spod drzewa, nigdy zrywane itp. Podczas, gdy Huntsinger coraz bardziej zatapia się w swoich namiętnościach, odsuwając obowiązki zawodowe na dalszy plan, Shah ekspanduje, nabiera znaczenia, rozpędu i władzy. Traci przy tym szacunek do Huntsingera, uważa, że jego religia daje mu prawo do uznania swojej wyższości nad „zagubionym” Amerykaninem. Mamy tu dwie figury, niejako reprezentantów Wschodu i Zachodu. „Zachód” staje bezradny wobec indyjskiej rzeczywistości, traci swoją tożsamość, podczas, gdy „Wschód” natrafia na Zachodzie na żyzny grunt dla swoich ambicji, przy czym czuje się moralnym zwycięzcą. Zakończenie dopisuje jednak pointę, która nieco burzy ten czarno-biały obraz.

Jest też trzeci tekst, ale nie będę go już rozbierać na czynniki pierwsze. Powiem tylko, że z czystym sumieniem mogę polecić książkę każdemu, kto chciałby zobaczyć Indie bez różowych okularów, Indie nie oślepiające błyskotkami, Indie z perspektywy „obcego”,  bo – nie oszukujmy się – to jedyna dostępna nam tu perspektywa – czy tego chcemy, czy nie.

You may also like