Powrót do nienormalności…

Menu świąteczne: na przystawkę Madryt, danie główne to hiszpańska prowincja, a na deser Paryż. Któż by się nie skusił? Porzuciłam więc masalę na rzecz tapas(bar)ów. Bez żalu, a nawet wprost przeciwnie! Napiszę jeszcze o tym, choć to  blog z Indiami w tytule. Niefortunne było to założenie i naprawdę nie wiem, jak mogłam popełnić taki błąd! Wszak od dawna mi była znana prawda, że czlowiek może pisać o czymkolwiek, a i tak zawsze pisze głównie o sobie.

Po drugiej stronie lustra było pięknie, smacznie i obficie – jak to w święta. Nadszedł jednak dzień powrotu. Sir miał nadzieję na śniegi i zamiecie na lotnisku, a tu, jak na złość, niebo bez chmurki. Poupychaliśmy w walizki wszystkie zdobycze (głównie natury gastronomicznej) i pognaliśmy na lotnisko, gdzie dostaliśmy się w łapy machiny odprawiającej. Bo nikt mnie nie przekona, że to była istota ludzka… Kazała nam zważyć nawet podręczne bagaże!! Myślałam, że takie numery to tylko w Ryanair. Okazało się, że moja walizeczka waży ok.11 kg., czyli o 1  za dużo, a w większej było jeszcze 6 kg rezerwy. Logiczne, jeśli podróżuję z dwiema walizkami, zawsze pakuję najcięższe rzeczy do małej, ale dobra, niech Ci będzie. Musiałam rozłożyć obie walizki na podłodze i siłą upchnąć kilka książek w dużej. Udało sie: 9,5kg! Następnie maszyna odprawiająca zważyła plecak Sir’a (marne 6 kg!) i zażądała, abym przepakowała część rzeczy do jego plecaka!! „Że jak, kuźwa?”- pomyślałam, a powiedziałam najmilej jak mogłam: „Pardon???? Przecież mieszczę się w limicie! Walizka jest w połowie pusta, a plecak trzeszczy w szwach!” Maszyna odpowiedziała tonem równie słodkim, acz zupełnie bezkalorycznym: „Ale tu nie chodzi o objętość, tak? Tu chodzi o balans, tak? O równowagę tu chodzi!! Jak by się Pani czuła, jak by pani spadła  na głowę 10kg-owa walizka??”. „Nie zdarzyło mi się jeszcze, ale może pani mi powie?” – odparłam. Maszyna się żachnęła i z tym większą gorliwością przystąpiła do egzaminowania Sir’a. Mechanicznym głosikiem zadawała pytania, a on odpowiadał coraz bardziej zniecierpliwiony: „Czy wszystkie przedmioty w bagażu należą do pana?” „Tak”.”Czy nie przewozi pan rzeczy przekazanych przez osoby trzecie…” „Nie” „Chwila, nie skończyłam jeszcze!… prezentów.” „Nie, nie, nie!” „Czy ma pan w bagażu któryś z tych przedmiotów?” i machnęła mu przed nosem zalaminowaną kartką z piktogramami przedstawiającymi pistolety, bomby, nożyczki i co tam jeszcze. „Jasne…” – mruknął Sir pod nosem. Maszyna zamarła… Ja zamarłam… Oczami wyobraźni zobaczyłam Sir’a zakutego w kajdanki i powalonego na błyszczącą posadzkę. „Nie ma, nie ma!”- krzyknęłam – „On tylko tak żartował!”. Maszyna się odwiesiła: „Proszę pana! To nie miejsce na żarty!” Następnie, z miną amerykańskiego prezydenta ułaskawiającego indyka w Święto Dziękczynienia, powiedziała: „No dobrze! To zaczynamy OD NOWA!! Czy wszystkie przedmioty w bagażu należą do pana?…”

Po fakcie nie omieszkałam wyrazić swojej opinii: „Wiesz, Sir, ty to świnia jesteś. Jednak. Wyobraź sobie, że by cię zatrzymali, tak? A ja bym poleciała, tak? W połowie drogi spadłaby mi na głowę 1okg walizka. Tak, ta z bombą! Ale nic to, leciałabym dalej, tak? Wylądowałabym w Delhi, tak? SAMA!! I ty myślisz, że JAK JA BYM SIĘ CZUŁA?”

Nie! W Delhi zdecydowanie nie jest fajnie lądować samemu/samej…

Komentarze
2011/01/13 21:36:41
masz racje, blog jest zawsze o nas o czymkolwiek by nie byl:)
I dobrze, ze sama nie pojechalas do tego kolorowego kraju, bo to strach :)
2011/01/17 10:56:16
Taa, strach, co ma wielkie oczy i kropkę pośrodku :)) A tak na serio – nie chodzi o strach, ale mimo wszystko – takie doświadczenia lepiej dzielić, bo potem nikt Ci nie chce uwierzyć hahaha

You may also like