Suchą stopą przez monsun

Delhi Monsun 2

W tym roku monsun nie dopisał i zapewne odczujemy tego skutki w postaci wyższych cen żywności. W porównaniu z chociażby poprzednimi 2 latami opady są naprawdę bardzo skąpe – jeden deszczowy dzień w tygodniu to sukces. Wilgotność powietrza jednak jest wysoka i temperatury nie spadają poniżej 30 stopni.

Panuje powszchna opinia, że monsun to problematyczna pora roku, jeśli chodzi o zdrowie. Zewsząd słyszę (i czytam) porady, jak ją przetrwać. Niektóre są oczywiste, niektóre dosyć dziwne, a czasem się nawet wzajemnie wykluczają! Postanowiłam więc zebrać te najczęściej się powtarzające w jednym miejscu. Oto one:

  • Używać antyrepelentów – kremów/sprayów, ale również tych elektrycznych i specjalnych kadzidełek oraz moskitier. Prawdę powiedziawszy, dosyć to zaniedbuję. W mieszkaniu mamy elektryczne wtyczki i komarów ani widu, więc moskitierę sobie odpuściliśmy, ale sporo znajomych ma, zwłaszcza, jeśli mieszkają w domach z ogrodem lub na niższych pietrach.
  • Nie wchodzić do kałuż!! Po zmoczeniu jak najszybciej się wysuszyć, nosić zapasową parę butów na zmianę.
  • Uprawiać łagodne ćwiczenia, np. jogę (a nie forsowne fitnessy)
  • Nie spać w ciągu dnia! (Nie pytajcie mnie, dlaczego)

Głównym jednak problemem staje się osłabiony w tych warunkach klimatycznych układ trawienny. Zaleca się więc przede wszystkim jeść mało. Coś jednak trzeba spożywać w ciągu tych mniej więcej 3 miesięcy. Co zatem?

  • Przede wszystkim należy się nawadniać (sic!), a więc pić, pić, pić! Wodę oczywiście – butelkowaną, filtrowaną, przegotowaną – to akurat zalecenie przydaje się zawsze i wszędzie. Do tego również herbatki, np. imbirową.
  • Wystrzegać się jedzenia z ulicznych straganów, szczególnie krojonych owoców i warzyw – w tym punkcie wszyscy są jednogłośni. Wbrew temu, co twierdzą często turyści, rodowici Indusi również są narażeni na zatrucia. Przystosowanie się jelitowej flory bakteryjnej to jedna kwestia, ale na te „poważne” bakterie i pasożyty nie ma mocnych.
  • Jedni mówią: nie jeść tłusto, inni, że w deszczowe dni trzeba spożywać coś kwaśnego, słonego i tłustego. Zapewne ma to jakieś wytłumaczenie, ja go nie znam.
  • Nie jeść pikantnych potraw (sic!), ale polecane są czosnek, kozieradka, imbir, kurkuma.
  • Owoce i warzywa jeść tylko po umyciu w czystej wodzie i obraniu. Brzmi jak oczywista oczywistość? W Indiach to właśnie woda najczęściej jest źródłem zakażeń, a sabzi wallah (sprzedawcy warzyw) skrapiają często swoje produkty wodą nie-wiadomo-skąd.
  • Unikać surowych warzyw, zwłaszcza liściastych, kalafiorów, brokułów itp. – mają dużą powierzchnię i przez to trudniej je dokładnie umyć z toksyn i bakterii. Zalecane są zupy i „jednogarnkowce”.
  • Ekstremiści proponują przygotowywać tylko odpowiednio odmierzone porcje jedzenia, aby nie zostawiać resztek „na później”.
  • Niektórzy twierdzą, że należy unikać arbuzów i melonów, za to sięgać po mango, jabłka, granaty i gruszki, papaje i banany. Z mango ponoć nie należy przesadzać, bo od ich nadmiaru można dostać pryszczy (??!) Inni utrzymują, że mango należy odstawić natychmiast po rozpoczęcieu monsunu. Bądź tu mądra!
  • Spożywać jogurt zamiast mleka.
  • Unikać owoców morza (owoce morza w Delhi? chyba tylko mrożone krewetki :) )

 Powszechne są też problemy dermatologiczne. Skóra bardziej się przetłuszcza, przez co jest bardziej podatna na infekcje bakteryjne, a wilgoć sprzyja grzybicom. Należy zatem:

  • Myć się mydłem lub żelem antybakteryjnym
  • Używać talku. Moim zdaniem nic nie daje.
  • Ograniczyć makijaż. Spróbujcie nałożyć makijaż w saunie, a okaże się, że nie trzeba tego nikomu doradzać. Makijaż zdaje egzamin tylko, jeśli zamierzamy spędzić wieczór pod klimą :)
  • Nie nosić dżinsów (wolno schną), a raczej luźne, szybkoschnące bawełniane ubranie

A najważniejsze: uważać na gorączkę – jeśli trwa dłużej niż 2 dni, należy zgłosić się do lekarza, aby wykluczyć denge czy malarię.

Radzę również kontrolować szafy i wszelkie zakamarki i wietrzyć je, jak tylko pojawi się słońce na horyzoncie! Inaczej można się niemiło rozczarować.

Delhi monsun

Rok temu ta riksza zaparkowała przed naszymi oknami, po czym z megafonu rozbrzmiała pouczająca pogadanka nt. zapobiegania rozmnażania komarów przenoszących denge i malarię. Zachęca się głównie do inspekcjonowania własnych posiadłości i likwidowania wszelkich miejsc, gdzie może zbierać się deszczówka. Pogadanka była w hindi, ale sąsiadka mi uprzejmie przetłumaczyła. Po skończonym wykładzie rikszarz obszedł wszystkie mieszkania z prośbą o podpisanie listy obecności.

No, ale to było rok temu, kiedy mieliśmy PRAWDZIWY monsun.

Komentarze
2012/08/19 19:40:29
Czytam Twojego bloga z narastającym poczuciem, że jesteś megatwardzielką. Trzy dni tego, co opisujesz, a miałabym dengę urojoną, spakowane walizki i bilet powrotny do Europy. Monsun składa się ze wszystkiego, czego nie jestem w stanie wytrzymać. Mróz – proszę bardzo, ale permanentna sauna – onienienienienie!

A jak wrócę do domu, kupię sobie trzy mango i sama sprawdzę, czy spowodują pryszcze.

2012/08/19 20:00:53
Na temat arbuzów w Indiach czytałam gdzieś tyle, że jeśli są sprzedawane na wagę, to mogą być przez nieuczciwych sprzedawców nabijane wodą przez strzykawkę, żeby tylko cięższe były. A o problemach z czystością takiej wody wiadomo. Nie jestem fanką arbuzów, więc nie zagłębiałam się w temat, ale na żywo nie słyszałam, żeby ktoś się spotkał z tym problemem czy miał jakiekolwiek dolegliwości po arbuzach. Ciekawe, czy to o to chodzi, czy w monsunie są dodatkowe przeciwwskazania.

A owoce morza – mogę sobie wyobrazić, jak wyglądają w Delhi, skoro nawet w Mumbaju, który jest przecież nad samiutkim morzem, napawały mnie czystą odrazą. Na początku kilkakrotnie skusiłam się na naprawdę pyszne fish tikka, ale ciągłe napotykanie sprzedawców ryb stojących w pełnym słońcu przez cały dzień i gazetą odganiających muchy (albo i nie) spowodowało, że po pewnym czasie po prostu nie mogłam. Za każdym razem, kiedy miałam ochotę na coś rybnego, przypominałam sobie ten zapach nieświeżych ryb w upale… Albo miejsce, gdzie wyławiano krewetki i je przebierano na pomoście, też w słońcu, po czym resztki zostawiano albo wrzucano do wody… Masakra. Co nie zmienia faktu, że po przerobieniu były potem dobre. Tylko jakoś tak nie do końca dowierzam takiemu procesowi produkcji :)

2012/08/19 20:17:59
NZ, w tym roku naprawdę jest lajtowo. Jak przylecieliśmy na samym początku (a był to wrzesień) i po wyjściu z lotniska zaparowały mi okulary – rzeczywiście miałam ochotę zrobić odwrót i wsiąść do samolotu powrotnego :))
Cieszę się za to na październik i listopad – a tego chyba nikt w Polsce by nie powiedział :)
2012/08/19 20:27:44
Uwielbiam październik i listopad w Belgii. Pozostałe miesiace tam też uwielbiam, najmniej lipiec i sierpień, bo efekt cieplarniany dotarł i tu. Powtarzam – jesteś megatwardzielką.
2012/08/19 20:28:19
Olu, brzmi jak przegięcie z tym arbuzami, ale wiemy doskonale, że w Indiach czegoś takiego wykluczyć nie można. Część tych porad – mam wrażenie – ma swoje źródło w ayurwedzie, może arbuzy i melony mają za dużo elementów „wodnistych” na tą porę roku? :)
Nasz mrożone krewetki są własnie z Mumbaju :)) , a ryby normalnie kupujemy na bengalskim rybnym markecie (kiedyś pisałam), ale oczywiście nie w lecie i nie w monsunie. Byliśmy ostatnio chyba w marcu czy kwietniu i już nie dało się chodzić między tymi muchami, więc sobie odpuściliśmy do jesieni :) A Bengalczycy podobno maja też dania z … zepsutych ryb!
2012/08/19 20:34:16
NZ, dziękuję, będę nosić ten zaszczytny tytuł z dumą ;)
2012/08/19 22:38:26
musisz napisac ksiazke jakas, taka z cyklu to tu to tam. Uwielbiam Cie czytac, zwlaszcza te drobne zlosliwosci:)
2012/08/20 06:21:52
Agradabla, nie ma sprawy, złośliwości się chyba dobrze sprzedają ;) (i to była oczywiście jedna z nich)
2012/08/20 06:42:07
Wiesz, ja tak sobie myślę tutaj przy podobnej pogodzie, jak bym zniosła taki klimat w Indiach. Porównuję sporo Tokio z Delhi, ale to właśnie z powodu podobnej pogody – choć u nas monsuny były, zdaje się, w lipcu, a we wrześniu nadejdą tajfuny. I nie zazdroszczę. Przynajmniej mogę liczyć na megaczystość, klimatyzację, czystą wodę wszędzie (kranówka jest pyszna!) i naprawdę lekką, dostosowaną do pogody kuchnię. Japończycy są chyba absolutnym przeciwieństwem Indusów jeśli chodzi o umiłowanie czystości, no ale wiadomo, że mają łatwiej, skoro kraj należy do tych najbardziej rozwiniętych, a Indie jeszcze na dorobku.
2012/08/20 09:18:58
mnie obecnie przy pogodzie, jaką mamy czyli skrajnych upałach ratują trzy tuniki Made in India właśnie. Widać, że znają się na rzeczy…mam kilka innych, ale ni produkowanych w Indiach i naprawdę te z Indii noszą się najlepiej…
2012/08/20 11:14:49
Chihiro, w Japonii nie byłam, więc mogę sobie tylko wyobrazić i zazdrościć, zwłaszcza tej wody w kranie! Oprócz obiektywnych trudności (klimat, brak dostępu do wody), ten brud to też chyba kwestia kulturowa, np. nieszanowanie miejsc publicznych (bo niczyje), a w przypadku bogatych głębkie przeświadczenie, że nie muszą po sobie sprzątać, bo przecież od tego jest służba. Bardzo często widzę ludzi wyrzucających śmieci na ulicę, choć koszy coraz więcej.
2012/08/20 11:25:47
CHiaro, tuniki bawełniane są świetne! A do tego może sobie szarawarki dokupisz? :) Ja też wolę luźne ciuchy. W ocisłych koszulkach czuję się tu źle, dżinsy zakładam do luźnyxh koszul i to tylko od listopada do lutego.
Gość: http: setkado40stki.blogspot.com, dynamic-78-8-7-191.ssp.dialog.net.pl
2012/08/20 19:01:22
Już niedługo wybieram się do Azji i z ciekawością przeczytałam tą notkę :) na pewno niektóre z porad wezmę do serca:)
2012/08/20 20:30:07
Ale mam nadzieję, że od mango Cię nie odstraszyłam? Są przepyszne!!! Miłej podróży!! :)
2012/08/21 05:15:41
Na dżamajce też ostrzegają przed komarami, ze względu na te same choroby: denge i malarie. Pogadanki puszczają w tv w formie krotkich komunikatow, co robic a czego nie.
My akurat moskitiere w sypialni mamy, i bardzo sobie chwalę, bo usnąć bym nie mogła jakby mi coś zaczęło brzęczeć nad uchem.

Uliczne stragany tutaj są raczej bezpieczne. Ilekroć coś kupiłam (zupa, krewetki na ostro, owoce) nic nigdy mi się nie stało. Gotując tu raczej pamiętają o higienie, nawet w najbardziej polowych warunkach.

Tu ‚u nas’ też niby pora huraganowa, deszczowa, ale nie za czesto i nie za wiele pada.

Pozdrawiam!

2012/08/21 05:41:57
Witaj, huragany to dla mnie hardcore! Masz może jakiś blog?
Właśnie wczoraj dostaliśmy ulotkę propagandową na ten rok, oczywiście za pokwitowaniem!
Co do ulicznego jedzenia, to zalecenie dotyczny tej pory roku, Indie stoją ulicznym jedzeniem i tutaj się wiele nie zmieni :)
2012/08/21 07:26:09
A jest szansa, byście zawitali do Tokio po Delhi? Bardzo bym się cieszyła, gdybyście tu byli :)
Myślę, że masz rację z kulturowym aspektem podejścia do czystości. Poza tym, że niczyje znaczy „nie muszę o to dbać”, dochodzi zapewne jeszcze myślenie kastowe – „nie zniżę się, by podnieść papier z ziemi czy zamieść przed domem, od tego są ludzie niższego statusu”. Mnie to strasznie wkurza, wyznam szczerze. Nie znoszę takiego wartościowania ludzi.
2012/08/21 08:00:24
Ach, Chihiro, jak ja bym chciała!! Zwłaszcza, że byś przetarła szlaki ;) Do wiosny nic nie będziemy wiedzieli, więc staram się o tym nie myśleć (bo nie cierpię na coś czekać :))
Dokładnie takie myślenie pokutuje. Plus chyba jeszcze inna optyka – w końcu człowiek się przyzwyczaja do bałaganu, jeśli całe życie jest nim otoczony.
Co do kast, to Japonia też miała podobne tradycje (burakumini) i silną hierarchizację, a jednak nie przełożyło się to na niechlujstwo. Ot, zagadka :)

You may also like