Szwajcaria w środku Delhi

Park Delhi (2)„Ponoć przeprowadziliście się do Szwajcarii, a ja nic o tym nie wiem. To już nie jesteście w Indiach?” – pisze mi znajomy. „Że jak?” odpisuję odruchowo, oderwana od lektury i zaraz potem, pod wpływem olśnienia, kasuję pytanie. „Tak! Tak! Zgadza się! W Szwajcarii, ale cały czas w Delhi!” – tłumaczę.

Mieliśmy po prostu wyjątkowe szczęście, że w środku tego jazgotliwego, kakofonicznego miasta, ba! w jednej z jego najgwarniejszych dzielnic, znaleźliśmy mieszkanie w wyjątkowo spokojnym zakątku, z widokiem na mały park. Parczek bardziej. Nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że ja, zdeklarowany mieszczuch i flaner, którego usypiały dzwonki praskich tramwajów, będę skakać z radości z powodu widoku na park! To chyba starość. Albo to Delhi. A może obie te rzeczy na raz.

Powiedzmy sobie szczerze, że park urodą nie powala. Całe połacie trawnika świecą łysiną, na środku postawiono słupy ze zwojami kabli, a w ramach kuriozalnych dekoracji z krzaków wyglądają rokokowe  figurki pastuszków czy dworzan. Ale też nie jest źle: chodniczek wyłożony kostką, żywopłot poprzycinany w niezbyt regularne kształty, świeżo pomalowane ławeczki. Na dodatek miejsce to okazało się czymś więcej, niż tylko zielonym skwerkiem. To centrum życia towarzyskiego naszych sąsiadów. Tłumów tu nie ma, ale owszem, całkiem spory ruch. Stali bywalcy pojawiają się tu zawsze o tej samej porze, ze szwajcarską (!!) wręcz skrupulatnością. Odbywają kilka-kilkanaście rundek spacerowym krokiem, po czym zasiadają na ławkach ustawionych w kręgu i debatują. W tym samozwańczym zgromadzeniu wyodrębniła się wyraźnie sekcja męska oraz damska. Ta pierwsza zbiera się tuż pod naszym oknem, tą drugą słychać z oddali, podczas porannej sesji śmiechoterapii połączonej z jogą w wersji siedzącej.

To salon, gdzie należy bywać i być widzianym. Pozdrawiać i być pozdrawianym. Przedstawiać się i być przedstawianym.

Najwcześniej pojawia się Pan BOTHOFYOU. Emerytowany, ponad 80-letni inżynier, wdowiec od prawie 50 lat. Nie ożenił się powtórnie („A były, były oferty„) z troski o swoje nieletnie wówczas dzieci („bo żadna kobieta nie zatroszczy się o cudzych potomków, zwłaszcza, gdyby pojawiły się następne, jej własne”). Pan BOTHOFYOU wstaje o 5.00 rano, o 5.30 jest już w świątyni, dokąd idzie poświęcić pokarm – praśad. Nie wiem, dokładnie, co zawiera mała foliowa torebka. Może ryż? Następnie przynosi praśad do parku i obdziela nim wszystkich spacerowiczów, wykładając małą białą porcję na ich dłonie i błogosławiąc ich przy tym. Wytłumaczyliśmy mu na początku, że nie jesteśmy religijni i przyjął to dobrze, co nie jest takie oczywiste. Od tej pory rozdaje nam po prostu dobre słowo. Gdy nas widzi, już z daleka woła: „Good morning! Have a good day BOTH OF YOU!!”

Gdy zdarzy nam się nie wpaść do parku przez kilka dni, nasi nowi znajomi dopytują właściciela mieszkania, jednego ze stałych i najwytrwalszych bywalców, czy aby wszystko u nas w porządku. Wiedzą, czy wyjechaliśmy na wakacje, dokąd i na ile. Kiedy walczyliśmy z grypą, przysłali „delegację”, deklarując pomoc w razie potrzeby.

Kiedy poranny turnus rozchodzi się do domów, zaraz pojawia się następny. To służące z okolicznych domów – czasami przyjdą tu po prostu usiąść i odpocząć, czasami rozkładają się na ziemi z posiłkiem. Zdarza się, choć rzadko, że zapalą papierosa albo utną drzemkę.

Po południu park rozbrzmiewa gwarem dzieci, które korzystają z ostatnich godzin słońca, jakie im zostały po powrocie ze szkoły. Grają w krykieta, badmintona lub w inny, raczej głośny sposób, demonstrują radość istnienia. To te bogatsze. Biedne, umorusane, czasami bose, siadają z boku i przypatrują im się z daleka. Przychodzą tu bardzo rzadko i widać, że czują się intruzami. Dzieciaki znikają wraz z zapadającym zmrokiem.

Wieczory należą do młodzieży: pojawiają się przyjaciółki w dresach, plotkujące podczas szybkiego spaceru (tu się nie biega!), czasami samotna sportsmenka ze słuchawkami w uszach. Zdarzają się, aczkolwiek bardzo rzadko, zakochane pary.

Najpóźniej o 23.00 park pustoszeje, aby po kilku godzinach rozpocząć nowy rutynowy, spokojny, nudny dzień.

I my to nazywamy Szwajcarią.

Park Delhi (3)

Park Delhi (13)

 Delhi jest bardzo zielonym miastem, zwłaszcza w centrum i na południu, ale niestety zieleń w pełnej krasie występuje praktycznie tylko podczas monsunu i krótko po nim. Przez większą część roku liście pokrywa gruba warstwa kurzu i pyłu.

Park Delhi (6)

Park Delhi (19)

Park Delhi (12)

Park Delhi (18)

Park Delhi (16)

Park Delhi (10)

Park Delhi (20)

Park Delhi (9)

Park Delhi (15)

Park Delhi (11)

Park Delhi (5)

Park Delhi (17)

Park Delhi (14)

Park Delhi (7)

Park Delhi

Park Delhi (4)

You may also like