Uwaga, gwiazda! Subodh Gupta

Nawet w mocno poszatkowanych klasowo (kastowo) Indiach zdarzają się historie zawrotnych awansów społecznych i karier „od pucybuta do milionera”. Cudowne dziecko indyjskiej sztuki, Subodh Gupta jest tego przykładem. Jedno z sześciorga dzieci konduktora Kolei Indyjskich, który osierocił rodzinę, gdy Subodh miał 13 lat, odbył drogę z małej biharskiej wioski do czołowych europejskich, amerykańskich i azjatyckich galerii.

Przy czym jego sztuka jest tak mocno osadzona w indyjskiej rzeczywistości, że nie wyobrażam sobie, żeby miał tworzyć gdzie indziej, niż tutaj. A mieszka nie byle gdzie, bo w najbardziej snobistycznej części Nowego Delhi, jaką sobie można wyobrazić, tzw. lutyensowskiej. Niedawno zakupił tam dom, którego wartość prasa szacuje na ok. 60 mln PLN (tak, takie są ceny w Delhi!!)!

Jedną z jego prac, w najbardziej charakterystycznym stylu, miałam okazję podziwiać na tegorocznych Targach Sztuki w Delhi. Na wzór Marcela Duchampa i jego obiektów „ready made” (chyba nie ma większej złośliwości, niż mówić o czyjejś sztuce, że jest „na wzór” ;)), tworzy kompozycje z przedmiotów codziennego użytku wykonanych ze stali nierdzewnej. Kto był w Indiach, ten wie, jak powszechnie wykorzystywany to materiał: kubki, garnki, menażki (tiffiny), całe zastawy stołowe są z niego produkowane. Kiedy szukaliśmy mieszkania do wynajęcia, we wszystkich starszych kuchniach czołowe miejsce na ścianie zajmowała charakterystyczna suszarka do naczyń (drugie  zdjęcie od góry po lewej). Dla mnie to jeden z symboli indyjskiego mieszkania.

Gupta używa również innych, bardziej dla nas zaskakujących materiałów, np. krowiego kału. O roli, jaką pełni on w indyjskiej rzeczywistości, można poczytać na Wikipedii – polecam, bardzo ciekawe! Gupta stworzył z niego instalację – chatę i zatytułował ją „Moja matka i ja” ( i jak dla mnie, tu kłania się Joseph Beuys), a w 2000 roku wykonał performance zatytułowany „Pure” (och, jak nadużywane słowo tutaj!), podczas którego zmywał z siebie warstwę krowiego nawozu (rozwodnione służą jako środek czyszczący!). Tutaj, na samym dole, zdjęcie.

Może się zatem podobać lub nie, ale nie można Gupcie odmówić „indyjskości” i osobiście wolałabym mieć jedną z jego instalacji w domu zamiast marmurowej miniatury Tadź Mahal :) Na to jednak musiałabym być jak jego przyjaciel Shahrukh Khan (w którego filmie zresztą zgodził się wystąpić). Tak bogata. Bo choć ceny za jego dzieła sporo spadły po 2008 roku (z około 50 tys. PLN za stopę kwadratową, co jak wyliczyłam, daje prawie 500 tys. PLN za metr kwadratowy), nadal są to zawrotne sumy (ok. 150 tys. PLN za m2, przy czym są to  zazwyczaj ogrome rzeźby).

Jego instalacja na Biennale w Kochi.

Family Portrait”, 2013, Subodh Gupta, India Art Fair 2013

Fot. ML, Jaipur

Stare Delhi

Po lewej instalacja Gupty, po prawej nieznanego artysty na jednej ze ścian budynku w Starym Delhi.

AKTUALIZACJA: Dorzucam jeszcze dwa zdjęcia metalowej zastawy i link do wpisu Czary o rzeźbie Subodha Gupty na Targach Sztuki w Paryżu w 2010.

Komentarze
Gość: Asia, public721782.centertel.pl
2013/03/05 14:07:58
Skomentuję, po raz pierwszy, chociaż tego nie lubię robić. O gustach się nie dyskutuje, ale za co on ma takie pieniądze, skoro ja (pracuję w kuchni) jestem w stanie zrobić identyczna instalację w ciągu pół godziny. Przypomina mi to jakiś film w którym chłopak chciał się popisać przed panienką i wkuł cały przewodnik po wystawie na pamięć, a na środku stało wiadro i szczota, dziewczyna do niego co o tym myśli,a on jakieś cuda wymyśla jakie to super, a tu nagle tą instalację zabiera im sprzed nosów sprzątaczka. Identycznie ma się sprawa z obrazami za grube miliony które ‚artysta’ stworzył wylewając na płótno puszkę farby, ciekawe co chciał tym przekazać?
A tak na marginesie, skoro już komentuję to napiszę, że bardzo lubię ;)
2013/03/05 17:03:57
Asiu, dziękuję zatem, że się przemogłaś i skomentowałaś :) Często sobie zadaję pytanie: czy to już dzieło sztuki, czy jakaś podpucha?
Za co te pieniądze (przyznam, że sama nie chciałam uwierzyć w te sumy)? Też się zastanawiam, ale ponieważ po części jestem artystką (mam dyplom liceum plastycznego :))), to Ci zdradzę sekret: marketing, marketing i duuużo szczęścia. Uważam, że o wieeeele trudniej jest (dobrze) sprzedać dzieło, niż je stworzyć. Na obronę artystów powiem jedno: co prawda każdy z nas może pomyśleć: „ja też tak umiem”, ale trzeba być tym pierwszym i tym odważnym, który postawi całe życie na tą jedną kartę. Nie każdego z nas na to stać, prawda?
A kuchnia to jst niesamowicie kreatywna dziedzina!
2013/03/05 17:42:48
No coz, moim zdaniem to tez nie jest sztuka a facet czesze szmal na umiejetnym wylansowaniu mody na wlasne „instalacje”. W Europie to juz dawno przebrzmiale echa, widocznie dopiero teraz doszla ta moda do Indii :)
2013/03/05 17:53:01
Nina, to prawda, ale jego kariera na Zachodzie rozwinęła się bardzo obiecująco, a ceny spadły w związku z kryzysem światowym (ponoć, aż tak dokładnie tego nie śledziłam).
Może kupię sobie spawarkę i zacznę dziergać podróby? Tanio, za kilka tysięcy juro ;)
2013/03/05 19:34:33
Oj, to jest coś co tygrysy lubią najbardziej, dziękuję Asiu! Bardzo podobało mi się jego dzieło wystawione w ramach Fiac, w Paryżu w 2010 (o to link ze zdjęciem i moją mini relacją). Szkoda, że się wtedy nie dokształciłam, bo dopiero teraz widzę, jaki jest najważniejszy aspekt jego twórczości – przedmioty codziennego użytku! A właściwie ich repliki w stali nierdzewnej, jeśli dobrze zrozumiałam? Tamto jajo z Fiaca też jest chyba zrobione z garnków. Zupełnie tego nie zauważyłam. Ostatnio zaczęłam się właśnie tym interesować, przedmiotami w sztuce, dzięki za ciekawy trop. Nie bardzo jeszcze wszystko rozumiem, ale chętnie poczytam coś więcej.
I tak jeszcze, skoro jesteśmy przy Duchampie, już sporo lat minęło od czasów jego czasów, ale komentarze „ja też bym tak potrafił” są chyba typową reakcją zwykłego widza… Jest coś ciekawego w tym, że nie chcemy uznać, że sztuka nie zawsze łączy się z „savoir-faire” i nie musi być rzemieślnictwem (mniej więcej właśnie od czasów Duchampa…). Ale ja zawsze odpowiadam: to wspaniale, zostań artystą! Dlaczego nie? Twórz i pokazuj światu! W końcu – i znowu Duchamp – „Dzieło sztuki i tak tworzy jego widownia”.
2013/03/05 22:41:05
Najbardziej podoba mi się zdjęcie, na którym przedstawiasz dzieło autora znanego i uliczne dzieło autora nieznanego. Wygląda na to, że współczesna sztuka to przede wszystkim marketing i umiejętność sprzedaży. Kiedyś artyści musieli posiadać umiejętności w kreowaniu świata, teraz wystarczy, dobry przedstawiciel handlowy bywa artystą. Zastanawiające jest na ile ta sztuka przetrwa próbę czasu. Dla mnie to wygląda na chwilowe zachłyśnięcie się… no właśnie, nie wiem nawet czym. Jakby się dobrze rozejrzeć, to niezwykłych instalacji, które powstają z przypadku i chaosu codzienności jest mnóstwo wokół nas. To tylko kwestia wrażliwości, żeby je wyłuskać z tego, co nas otacza. Ten pan stara się to robić, dla tych którym brak wyczucia, żeby dostrzec samemu, układa garnki, kubki i miseczki. Pytanie tylko, czy nie odbiera im tym samym piękna. Bo to co może zachwycić w swoim naturalnym środowisku, na odrapanej ścianie, po przeniesieniu do galerii wydaje się wyjęte z kontekstu. I wtedy wkracza marketing, który dorabia ideologię i sprzedaje dzieła.
Tylko, że Subodh Gupta tworzy z naczyń nierdzewnych nie tylko instalacje wyglądające, jak zapchana suszarka. Umieszcza je w całkiem nowym kontekście. Wystarczy wpisać w google tego pana, by się przekonać, że jego prace warte są uwagi. Patrzę na naczynia wylewające się z ogromnego wiadra, jajo, czy grzyb atomowy ułożony z naczyń nierdzewnych i zaczynam zastanawiać się nad wymową tych dzieł. Na ile jest w nich indyjskości, jego dzieciństwa itd. Te ciasno upchane naczynia kojarzą mi się z obrazkami z indyjskich ulic, które widzimy na filmach, czy fotografiach – mnogość ludzi, ciasnota.
No i pozostają obrazy. Dla mnie rewelacyjne. Jeden z nich mógłby zawisnąć w mojej kuchni (gdyby tylko było mnie stać :)
Z jednej więc strony marketing, a z drugiej jednak coś, co ujmuje w sztuce tego artysty. I chociaż w pierwszym odruchu chciałam zaprotestować, to po bliższym poznaniu stwierdzam, że warto było zapoznać się z twórczością tego pana. Dziękuję :)

PS> Te błyszczące powierzchnie skojarzyły mi się z innym artystą, który korzysta z przedmiotów codziennego użytku. Wprawdzie nie ma nic wspólnego z Indiami, ale sztuka bywa ponad czasowa i ponad narodowa :) Mam tu na myśli Jeffa Koonsa :)
PS> Co do Duchampa, przeszedł do historii, bo był pierwszym odważnym, który wniósł muszlę do galerii i nadał jej rangę sztuki. Nie wziął się znikąd, a z procesu, który zachodził w sztuce przez wieki. Poszczególne kierunki w sztuce są ze sobą powiązane, czy to przez inspiracje, kontynuacje, czy przez bunt.
PS> A ceny są kosmiczne. Jak w przypadku paru innych dziedzin życia (patrz np. zarobki piłkarzy) są przewartościowane. Dopóki jednak będą ludzie, którzy zechcą za to zapłacić, dopóty cena sztuki będzie windowana powyżej swej realnej wartości. Ostatnio przewartościowanie nieruchomości skończyło się w 2008 roku kryzysem. Rynek sztuki raczej nie będzie miał takiego wpływu na nasze życie, co najwyżej spłonie kilka dzieł, a kilku artystów przemianuje się na malarzy pokojowych ;)

pozdrawiam
uf, gigantyczny komentarz mi wyszedł

2013/03/06 12:44:33
Czaro, mam w zanadrzu jeszcze kilka pomysłów na wpisy o indyjskiej (a nawet polskiej w Indiach!) sztuce, ale ciągle jakiś inny temat się w kolejkę wpycha. Poza tym staram się pisać o rzeczach, których doświadczyłam osobiście, najlepiej z własnymi zdjęciami, a to jest spore ograniczenie. Nie przepadam za wklejaniem cudzych zdjęć (dlatego w tym wpisie jest tak wiele linków), ale może zrobię kilka wyjątków. Cieszę się, że Ci się spodobał temat, będę miała to na względzie.
Wrzuciłam też do posta link do Ciebie, jest świetnym uzupełnieniem tematu.
Co do tych naczyń, to nie są repliki, tylko autentyczne przedmioty, których często się tu używa, zwłaszcza w skromniejszych jadłodajniach.
Co do sztuki – oczywiście, koncepcja stała się w XX wieku ważniejsza od tzw. warsztatu. Dla mnie to jest fascynujące, to takie drugie dno. Kiedyś, żeby „zrozumieć” dzieło sztuki należało znać mitologię, biblię itp., tytuł też naprowadzał, dzisiaj są to inne odniesienia, moim zdaniem o wiele liczniejsze i otwarte. Wiem, że o wiele łatwiej o hochsztaplerstwo i tzw. wciskanie kitów, ale na szczęście każdy sam może to osądzić dla siebie. A czasami nie trzeba w ogóle nic interpretować, bo to czysto estetyczna gra. Mam w domu duży obraz abstrakcyjny mojego brata – mój ulubiony zresztą i jeśli jakiś nowy gość stanie przed nim i zapyta „Co on przedstawia?” to wiem, że sobie nie pogadamy. Chyba, że to z jego strony zgryw i prowokacja :))
Ale też przyznam, że im więcej sztuki nowoczesnej oglądam, tym bardziej podziwiam np. malarstwo renesansowe – za warsztat właśnie (a dzisiaj urodziny Michała Anioła, więc tak na czasie ;))
2013/03/06 20:24:15
emilya5, piękny komentarz Ci wyszedł, dziękuję :))!
Cieszę się, że wygooglałaś więcej jego prac, myślę, że warto, a google to taki wspaniały album za darmo. Mi też bardziej się podobają te „lejące się” instalacje, a zwłaszcza „futro” ze sztućców (dosłownie widzę, jak faluje :)), natomiast do obrazów nie jestem przekonana – moim zdaniem nic nowego nie wnosi namalowanie tych przedmiotów, styl mało odkrywczy, ale niewątpliwie są przyjemne dla oka.
Co do marketingu – nie wydaje mi się, żeby był opozycją do tzw. „prawdziwej sztuki”, jak często lubimy przedstawiać. Marketing to nie tylko nachalne wciskanie kotów w worku za wielkie pieniądze, ale też coś, co ja nazywam zarażaniem ideą albo po prostu informowanie, zaistnienie. Jeżeli jesteś przekonana do produktu, który sprzedajesz, to nie ma w zasadzie rozdźwięku w tym sensie, a w przypadku dzieła sztuki, gdzie wartość nie jest sumą wartości „składników” (kurcze, w przypadku większości produktów zresztą nie jest), to bardzo ważne, żeby na tą dodatkową wartość naprowadzać. A i tak potrzeba szczęścia, żeby pomysł zaskoczył. Idea romantycznego, niezrozumianego przez społeczeństwo artysty to relatywnie przecież nowy koncept, a przez całe wieki artyści tworzyli na zlecenia i zapewne szli na niejeden kompromis. Inna kwestia to cena, zarówno w tym przypadku, jak i tych przepłacanych piłkarzy czy aktorów – dla mnie to zagadka :)
Oczywiście, że Duchamp nie wziął się znikąd, ja bym tylko chciała, żeby indyjscy artyści współcześni mniej spoglądali na Zachód, bo często mam uczucie deja vu.
Co do Koonsa, to bardziej bym go skojarzyła z innym indyjskim (może bardziej brytyjskim indyjskiego pochodzenia) rzeźbiarzem – Anishem Kapoorem, którego prace zresztą też mogłam w Delhi podziwiać i nawet się przymierzałam, żeby o nim napisać. I wolę Kapoora :)
2013/03/11 11:50:54
@Emilya 5 – Duchamp nie wniosl muszli klozetowej do muzuem, zeby podniesc jej do rangi sztuki. Zaprezentowal pisuar na wystawie Independents Artists jako prowokacje, ktora miala na celu postawic pytania, wokol ktorego krecila sie jego sztuka : Czym jest sztuka? Gdzie sa jej granice? Co sie dzieje, jesli rzeczywiscie „przyprzemy” sztuke do sciany? Kto tak naprawde tworzy dzielo sztuki? Artysta? Publicznosc? Instytucje?
Nieprzypadkowo wystawil „Fontanne” pod pseudonim R. Mutt – jego nazwisko w 1917 bylo juz znane w artystycznym swiatku, gdyby chcial rzeczywiscie z pisuaru zrobic dzielo sztuki, podpisalby je po prostu Duchamp. Zreszta sam powiedzial w latach 60 – skoro ludzie teraz zachwycaja sie moimi „ready-mady’mi”, to znaczy, ze nie udalo mi sie to, co chcialem osiagnac.

You may also like