Vedż czy nie vedż? Czy można kupić mięso w Indiach?

Słyszę często od wegetarian, że Indie to ich kulinarny raj. Nie tylko mają ogromny wybór w każdej restauracji (niektóre są wyłącznie wegetariańskie), ale też każdy produkt spożywczy (i nie tylko, bo pasta do zębów też, jak widać poniżej) oznaczony jest na opakowaniu czerwoną lub zieloną kropką (niewegetariański/wegetariański). Jajka są oficjalnie non-veg, ale trwają na ten temat zaciekłe dyskusje. Póki co, mamy majonez zarówno z czerwoną, jak i zieloną kropką, a także wegetariańskie, bezjajeczne wypieki.

Szacuje się, że w Indiach mieszka ok. 400 milionów wegetarian. Wielu z nich na pewno zwyczajnie nie stać na spożywanie mięsa, ale czynnik kulturowy jest tu ważniejszy. R., który je mięso i to ze smakiem, mówi, że jego rodzice patrzą na nie z pogardą, jako coś nieczystego, padlinę. Spotykam na codzień Indusów, którzy owszem, mogliby sobie pozwolić na mięso, ale je wykluczają częściowo lub całkowiecie ze swojej diety. Co ciekawe, zjawisko to występuje w Indiach chyba w całej skali ortodoksyjności. Zwykle pod tym pojęciem rozumie się laktowegetarianizm (ok. 30%), a ok. 9% Indusów włącza do tej diety jajka (laktoowowegetarianizm). Ci, którzy spożywają mięso, zazwyczaj czynią to rzadko, a mniej, niż 30% – regularnie.

Najbardziej surowe reguły dotyczą Hindusów z kasty braminów i wyznawców dźinizmu (ok. 4 mln ), którzy wyznają zasadę ahimsy, czyli poszanowania wszelkiego życia. Przez niektórych dźinistów stosowana jest do stopnia, który może się nam wydać absurdalny, np. piją tylko własnoręcznie filtrowaną wodę, nie jedzą roślin okopowych, grzybów, drożdży, miodu, żadnych fermentowanych produktów, jak jogurt czy alkohol. Na ostatnich Targach Książki natknęłam się na konferencję dźinistów. Poniżej mnisi w charakterystycznych maskach, które mają ich uchronić przed przypadkowym połknięciem insekta.

Oczywiście też jestem pytana o moje preferencje żywieniowe. Jeszcze do niedawna trudno mi było na nie odpowiedzieć jednym słowem. Nie jestem wegetarianką, jadam ryby, okazjonalnie mięso w niewielkich ilościach, ale na pewno nie jest to mój pierwszy wybór i na pewno nie na codzień. Jeśli jednak powiem, że nie jestem vege, niektórzy gotowi są karmić mnie mięsem od rana do nocy. Brrr. Jeśli chcę tego uniknąć i powiem, że owszem, jestem, widząc mnie wcinającą kalmary, gotowi są zarzucić mi zbrodnię na ludzkości i odesłać do Hagi. Nie zawsze jest czas na zawiłe tłumaczenia. Niedawno dowiedziałam się, że jest na to nazwa: fleksitarianizm (zresztą dosyć pojemna, ale zawsze). Będąc zatem fleksitarianką nie przeżywam w Delhi katuszy z powodu tęsknoty za bigosem, ale znam ekspatów, którzy nie wyobrażają sobie wegetariańskiego obiadu (sic!).

Czy zatem przybywając z krainy mięsnego jeża (mentalnie znaczy), będziemy w Delhi cierpieć z powodu braku kotleta? Niekoniecznie! Muzułmanie w ogromnej większości spożywają mięso, wielu Sikhów również. Są to zazwyczaj kurczaki (któż nie słyszał o murg makhani, czyli kurczaku w maśle), baranina (np.biriani czy kebaby – ale nie takie, jak z polskich budek, tylko rodzaj szaszłyku) czy koźlina (np. w curry, które stało się bardzo popularnym daniem na… Karaibach). Nieco trudniej o wieprzowinę, nie cieszy się tu poważaniem, a wziąwszy pod uwagę, że większośc rzeźników to muzułmanie, chyba to nie dziwi. Łatwiej o nią na chrześcijańskim Goa. Jedna ze sztandarowych potraw tego regionu to vindaloo, rodzaj gulaszu z wieprzowiną, oczywiście mocno przyprawionego. Poniżej po prawej vindaloo w jednej z restauracji w Panjim, po lewej kiełbaski własnego wyrobu w jednej z delhijskich restauracji.

Mięso w indiach

W jednej z restauracji na Hauz Khas co roku organizowany jest Oktoberfest, czyli specjalne menu z niemieckim piwem i bratwurstem. Ceny, jak widać. Dwie importowane kiełbaski kosztują 35 PLN, lokalne ok. 26 PLN + podatki. Przy okazji wspomnę o strasznie denerwującym zwyczaju podawania w kartach cen netto, praktykowanym w niektórych indyjskich stanach. Czasami rachunek może zaskoczyć, gdy zobaczymy doliczony VAT (8-20%), service, czyli napiwek (baaardzo różnie, widziałam od 5 do 15%), service tax, czyli podatek od usługi (10% + 2% educational cess), a czasem jeszcze jakiś podatek-niespodzianka! Przy tym zmieniają się one w zależności od stanu, inne w Delhi, inne na Goa czy w Mumbaju. Dochodzi do takich absurdów, że w satelickim Gurgaon, oddalonym od Delhi o kilka kilometrów, które należy już do stanu Hariana, podatki są zupełnie inne. Tak czy siak, wolałabym widzieć ostateczną cenę na karcie i nie musieć studiować przepisów podatkowych, aby zamówić zupę.

Poniżej po lewej – stoisko z wieprzowiną na INA Market, o którym pisałam tutaj. po prawej – sklepik z mięsem i wędlinami na snobistycznym Khan Market. Wybór nie powala, ceny tak! To na samym dole to lokalne wędliny z kurczaka, powyżej kebaby do przygotowania w domu.

Mięso w Indiach

INA Market

Mięso w Indiach

Mięso w Indiach

Mięso w Indiach

Sklepik z wieprzowiną w Fort Cochin

„Mięsna” ulica na Old Delhi. Kiedyś się tam wpakowałam przez pomyłkę, nieświadoma, że w tej dzielnicy ulice są „tematyczne”. Zanim doszłam do końca, naoglądałam się trochę nóżek, główek i innych atrakcji.

Bengalski targ rybny, o którym pisałam tutaj

Muszę jednak powiedzieć, że odwiedzanie tych przybytków wymaga czasami pewnego samozaparcia, a to ze względu na stan ich higieny. Fenomenu indyjskiej „czystości” nigdy nie pojmę. Mało tego, z czasem drażni mnie coraz bardziej. Na początku usiłowałam dopatrzeć się jakiejś przyczyny, usprawiedliwienia, ale doszłam do przykrego wniosku, że takiego w zasadzie nie ma. Ten typ tak ma. Po prostu. Wyjaśnienia „Bo oni wyrzucali śmieci za okna od tysiącleci, tylko wtedy to były rzeczy, które się rozkładają, a teraz jest plastik” (na pewnym forum) trochę mnie śmieszą. Nawet nie trochę :)

Poniżej po lewej: w ogródku pewnej delhijskiej restauracji. Nawet dla mnie ten widok jest nieco… niekomfortowy. Po prawej – stały klient na INA Market. Dobrze wychowany – usiądzie i patrzy. I patrzy. I patrzy.

Co jednak zaskakuje najbardziej to fakt, że wołowina też jest w zasadzie do zdobycia i to bardzo dobra jakościowo. Można znaleźć nawet restauracje z wołowymi hamburgerami, np. Hard Rock Cafe (jednak restauracje w centrach handlowych to dla mnie ostateczność, razi mnie sztuczność tych handlowych gett). Przy okazji: do wyszukiwania restauracji w Delhi (i jeszcze kilku innych miastach Indii) polecam stronę www.zomato.com. Dużo informacji, zeskanowane oryginalne karty, zdjęcia i opinie użytkowników.

Nie każdy chyba wie, że Indie produkują niemalże tyle samo wołowiny, co Argentyna i stały się największym eksporterem wołowiny na świecie! Niektórzy zarzucają im z tego powodu hipokryzję i nazywają żywnościowymi faszystami, skarżąc się na dyskrymiancję mięsożerców w Indiach. Osobiście tego nie doświadczyłam, a moi indyjscy znajomi nie są w żadnym przypadku ogarnięci misją „nawracania” na wegetarianizm. Sami czasami się skuszą na dobry jamón z Hiszpanii :)

Dla tych, których interesują ceny, polecam stronę sklepu z żywnością ekologiczną The Altitude. Istnieje też sklep stacjonarny w centrum Delhi, szkoda tylko, że warzywa nie prezentują takiej świeżości, jak na zdjęciach. Mają w ofercie również produkty znanej i cenionej wśród ekspatów French Farm. Jej właściciel, Francuz, były pracownik ambasady, zajął się hodowlą zwierząt i uprawą ekologicznych warzyw. Z powodzeniem.

Komentarze
2013/02/21 05:49:55
Co do czystosci sprzedawanego miesa.. hm…
Pewnie wychodza z zalozenia, ze na surowo nikt nie je. Skoro tak, to w kazdym innym wypadku trzeba to przesmazyc najlepiej na glebokim tluszczu, co zabije wszystkie bakterie i wirusy. I zabija fakt..Ja sama jestem miesozerca, ale tak czy siak rynku rybnego pod reka zazdroszcze. Inna sprawa, ze kupowanie swiezych ryb i owocow morza to moze by wyzwanie….
2013/02/21 06:00:40
Nino, właśnie się obawiam, że nie wychodzą z żadnych założeń i nie zawracają sobie głowy czymś takim jak bakterie.
W BA nie ma żadnego rynku rybnego?
Jest to wyzwanie, ale znamy się już trochę na rybach, więc trudno nam wcisnąć nieświeże. Inna sprawa, że próbują oszukiwać, oj próbują. Poza tym kupujemy je tylko w sezonie, czyli mniej więcej od października do marca. Ryby się jednak bardzo szybko psują, a przecież tam nie ma żadnych chłodni, tylko skrzynki z lodem. Poza tym w lecie roi się tam od much, ust nie można otworzyć!
2013/02/21 10:06:18
Zagwozdką jest jednak dla mnie dlaczego rośliny okopowe i miód są w jednym worku z grzybami, drożdżami czy jogurtem. I dlaczego własnoręcznie filtrowana woda?
No i co ci dżiniści w ogóle jedzą????A co do czystości to … zawsze mnie ona zadziwiała w kontekście (pozornego?) przepychu i dążenia do wysokich standardów jeśli chodzi np. o wystrój domu, edukację itp. Nie wiem skad ten roźdźwięk. Albo może mieszam ze sobą różne warstwy społeczne?
2013/02/21 10:11:46
Ja spotkałam się z wegetarianizmem połączonym z niejedzeniem jajek (bo przecież z nich powstałyby kurczęta…!), ale mleko postawiłabym na wyższym stopniu wtajemniczenia (czyli odwrotnie niż Ty). Obserwacje na podstawie znanych mi przedstawicieli społeczeństwa indyjskiego :)Znam Hindusów, którzy przyjeżdżając na krótkie wakacje w Europie zabierali ze sobą odpowiednią ilość indyjskich dań do mikrofalówki. Przykre mi się to wydało, takie zamykanie się na kulinarne doświadczenia. I wcale nie mówię, że mieli nagle rzucić się tu na schabowe czy boczek, ale przecież w dużych miastach nie ma problemu z restauracjami wegetariańskimi, albo i nawet wegańskimi. Sałatki, pierogi, naleśniki, makarony, cokolwiek. Głupią zapiekankę można zjeść, czy coś (chociaż niektórzy by pewnie kręcili nosem, że za mało garam masali).A ciekawa jestem, od czego jest miska z różową wodą? Czyżby to była krew? Gdyby nie to ciekawe zabarwienie, to bym pomyślała, że to jedna z tych misek, w których płucze się szklanki przed ponownym użyciem :)
Mój tata do tej pory wspomina, jak się przez 2 tygodnie czaił na sok z trzciny cukrowej z ulicznego stoiska, ale dopiero ostatniego dnia się zdecydował, mając nadzieję, że ewentualne przypadłości żołądkowe dopadną go dopiero w Polsce i nie zepsują mu pobytu :) Głównym punktem doświadczenia było przyglądanie się myciu szklanki po poprzednim kliencie. Czyli zanurzeniu jej w niezbyt świeżej wodzie na pół sekundy, potrząśnięciu i gotowe! Dla Ciebie i dla mnie to pewnie nic nowego, a mojemu tacie wydało się to piękne :) (dodam, że stoisko było wielokrotnie sprawdzone i nigdy nikomu nic po tym soku nie było, żeby nie oskarżano mnie o tortury na ojcu ;))
2013/02/21 10:16:26
Wszystko ciekawe, ale najwieksza sympatie wzbudzil we mnie staly klient:) Slodki! Wlasnie sobie uswiadomilam, ze moj komentarz mozna rozpatrywac w kategorii zywieniowej – nie o to mi chodzi.
2013/02/21 10:26:07
Fidrygauko, rośliny okopowe, dlatego, że zawierają w sobie inne życie (może z nich wyrosnąć roślina), miód, bo jego zbiór może być związany z przemocą wobec pszczół, grzyby, drożdże, jogurt – zawierają bakterie. Wodę się filtruje też po to, aby ich nie wypić przez przypadek. Oczywiście, im bardziej rozwija się nauka, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie poruszać się po świecie nie wyrządzając krzywdy nawet żadnemu mikrobowi, ale taki to urok ekstremizmów :)
Więcej możesz poczytać tutaj: en.wikipedia.org/wiki/Jain_vegetarianism
Co do czystości, jak już powiedziałam, nie rozumiem i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie za bardzo jest co tam rozumieć. Przekonałam się, że pewnych rzeczy nie widzą. Gdy zwracam uwagę, że coś jest brudne, czasami patrzą na mnie jak na UFO. Inne rzeczy widzą, ale ich to nie rusza. Sprzątani to chyba najgorsza praca, jaka może się komuś przytrafić. Nie mieszasz warstw – aż tak wielkiej różnicy między nimi w tym względzie nie ma. Niestety :/
2013/02/21 10:37:31
Olu, ale w jakim sensie z tym mlekiem? Że jedzą jajka, a nie piją mleka? Myślałam, że czaj z mlekiem pija każdy :) Ja się chyba nie spotkałam z takim przypadkiem, ale też oczywiście nie wypytuję dokładnie, co tam kto je.
Mam znajomego, który organizuje wyjazdy grup szkolnych do Europy i z tego, co mówił, stołują się w indyjskich restauracjach :)) Jestem bardzo ciekawa, co Indusi mieszkający np. w Polsce sądzą o polskiej czy w ogóle europejskiej kuchni. Wiem, że jest im trudno się otworzyć na inne kuchnie. Moim zdaniem to właśnie efekt nadmiaru przypraw i zbyt wyrazistych smaków w ich rodzimej kuchni. Czasami oglądam oferty zorganizowanych wakacji np. w Tajlandii i o zgrozo obiecują w nich często indyjskie posiłki! W Tajlandii! A przecież nawet w Indiach tajskie curry to danie obowiązkowe w niemalże każdej lepszej restauracji. Nie rozumiem tego. A co do posiłków zabieranych ze sobą – dziwi tym bardziej, że tutaj często się podkreśla konieczność spożywania posiłku od razu po przygotowaniu, żeby za długo nie przechowywać. Mhm…
2013/02/21 10:42:25
CD.
Tak, do miski skapuje krew z ryb.
Ja też tak często robię, jak Twój tata, tzn. próbuję rzeczy, co do których nie jestem pewna jedynie wtedy, jeśli nie mam jakichś super ważnych planów :)) Wiesz, uliczne jedzenie w centrum Mumbaju wydało mi się jakieś czystsze. Nie miałaś tego wrażenia?
Kiedyś mi znajomy opowiadał, że jego szef przyleciał z Europy z krótką, dwudniową wizytacją. Tyle wystarczyło. Pierwszego, za przeproszeniem pawia puścił już przy check-in, a potem przez całą drogę powrotną do DE (8 godzin) kontynuował. Współczuję, naprawdę!
2013/02/21 10:47:37
Marta, na szczęście nie jesteśmy w Chinach :))) Skojarzyło mi się to z pewną reklamą, wkleję ją na FB
2013/02/21 12:22:35
Hm, przeczytałam akapit o niejedzeniu mięsa jeszcze raz i dopiero teraz zorientowałam się, że coś mi się pomieszało. Miałam wrażenie, że to Ty pisałaś, że wielu Hindusów nie spożywa MLEKA, a jakiś odsetek nawet jajek. Teraz widzę, że tam jest napisane „mięsa” :) Właśnie trochę mnie to zdziwiło, bo pamiętam raczej tych niejedzących jajek, a do mleka raczej nikt nic nie miał… Nawet nie pomyślałam o herbacie, widzisz. Mój błąd, źle zrozumiałam tekst.A jeśli chodzi o higienę – kiedyś Goran pokazał kelnerowi zapieczonego w naan robaczka. Kelner spojrzał, pstryknął palcem, strzepnął robaczka na ziemię i powiedział: „E, to tylko sezam”.
2013/02/21 12:30:26
Może to trochę zaplątałam :)
Co za niewegetariański naan! Ja kiedyś w sałatce znalazłam karalucha. Nawet mu zrobiłam zdjęcie, kiedyś wrzucę :)
2013/02/21 17:59:07
@asiaya:
rynku rybnego z tego co mi wiadomo nie ma. Prawdopodobnie sprzedaja jakies ryby na mercado central – ale to jest potwornie wielki targ hurtowniczy usytowany jakies 40 km od centrum mista, trudno tam bez samochodu dojechac nie poswiecajac na to co najmniej pol dnia.Rynek rybny (z tego co slyszalam bo sama osobiscie nie bylam) znajduje sie natomiast w Rosario, drugim co do wielkosci porcie Argentyny.Z tym poziomem higieny to ciekawa sprawa jest. Zastanawialam sie bardzo dlugo od czego to wlasciwie zalezy i dalej nie wiem.
2013/02/21 19:00:11
Ja w Pradze kupowałam ryby w Makro. Dostawa co prawda tylko 2x w tygodniu, ale znając dni, można się było dopasować. Ryby mieli bardzo dobre i oferta była coraz lepsza. Nawet wydaje mi się, że byliśmy świadkami znaczących zmian w czeskiej diecie. Mój znajomy, który robił tam analizę rynku pod tym kątem, mówił mi, że Czesi spożywali 5 kg ryb i owoców morza na rok/głowę.Teraz nie wiem, ile, ale sądząc po ofercie w sklepach – dużo więcej!
W Rosario byłam, ale nie wiedziałam, że tam jest rynek rybny.
Zbieram się do posta o higienie już od jakiegoś czasu. Drażliwy temat dla mnie :/
Gość: maria, public-gprs239964.centertel.pl
2013/02/22 23:21:40
Nic nie wspomniałaś o zapachu, to pewnie z szacunku do miejsca, w którym mieszkasz:) Co do różnych sposobów odżywiania, diet itd , to ukazała się ostatnio książka, o której zaczyna się mówić w różnych kręgach ( w Polsce) : ‚Dieta bez pszenicy’ , autorem jet amerykański lekarz William Davis. Otóż autor nie tylko obala mity o dobrodziejstwach zdrowej pełnoziarnistej diety a jednocześnie daje twarde dowody na ogromną szkodliwość jedzenia pszenicy. Interesujące. Przede wszystkim dla wegetarian :)
Piesek świetny.
2013/02/23 08:39:47
Mario, zapomniałam o zapachu :)) Zapach ryb i owoców morza mnie nie przeraża, problemem jest zapach zasiedziałego, starego brudu. Zdjęcia tego nie oddają, przemawiają jedynie do zmysłu wzroku, a i to trochę przekłamują (Indie są niesamowicie wręcz fotogeniczne!). Tymczasem tak naprawdę „atakowane” są wszystkie zmysły: bo i hałas, pokrzykiwania, i popychają Cię co rusz, musisz się przeciskać, no i ten zapach. Tylko smak jest oszczędzony :) Moja siostra poszła tam uprzednio widziawszy moje zdjęcia, ale stwierdziła, że to jest NIC w porównaniu do tego, czego tam osobiście doświadczyła.
Co do diety – ja zamierzam do tego wątku powrócić, bo intryguje mnie stwierdzenie, że indyjska kuchnia jest zdrowa. Czytam teraz tutejszy bestseller o odchudzaniu (swoją drogą to dziwne, że poradniki odchudzające zdominowały tematykę książek o ODŻYWIANIU. Dla mnie to różnica). I zrobiłam mały research w internecie też. Muszę to tylko zebrać do kupy. Pozdrawiam!
2013/02/24 20:43:13
Miód i całą resztę rozumiem, ale rośliny okopowe? To pewnie i ziaren nie jedzą, skoro w nich siedzi zalążek życia.
W pewnym sensie podziwiam za samozaparcie :)
2013/02/25 12:39:36
Fidrygauko, słuszna uwaga. Ale jednak ziarna jedzą (np.ryż)! Ja też podziwiam, aczkolwiek nie zazdroszczę. I myślę, że takich „uczciwych” to na palcach jednej ręk można policzyć ;)
2013/03/01 22:11:02
To ze w Indiach jest okolo 30-40% wegetarian bardzo mnie zadziwia. Wiem, ze taka jest oficjalna statystyka, ale czy pokrywa sie ona z Twoimi obserwacjami?Bo z moimi nie. Wsrod Hindusow mieszkajacych w Stanach, to oprocz mojego meza, jego brata i brata zony znamy tylko i wylacznie jednego wegetarianina (z grupy ponad 100). Podonbnie w Indiach, oprocz naszej rodziny i rodzicow jedengo kolegi, wszyscy inni nasi znajomi jedza mieso.Po Twoim wpisie nawet zapytalam meza jaki procent Indusow to jego zdaniem wegetarianie. Jego odpowiedz to 2% (Brahmins + Jains). W moim odczuciu to moze byc 5-10%, ale na pewno nie 30-40%. Przynajmniej tak wynika z naszych obserwacji. A ze akurat rodzina meza to Brahmins, zona brata i jej rodzina to Jains, wiekszosc znajomych to albo Brahmnins albo Kshatriya, to teoretycznie powinno byc w naszej grupie wiecej, nie mniej, wegetarian niz w reszcie spolecznestwa.
2013/03/02 08:25:20
Monsun, a to ciekawe, rzeczywiście od środowiska braminów można by było oczekiwać większego odsetka wegetarian! W moim otoczeniu też nie ma aż tak wielu wegetarian, choć nikt nie jada mięsa w takich ilościach, jak w Polsce. Mam koleżankę, która twierdzi, że jest wegetarianką, a kiedyś widziałam ją na imprezie wcinającą mięsne momo. Uprzedziłam ją nawet, że to mięso, ale zignorowała to. Wcześniej twierdziła, że ma na mięso alergię. Inna znajoma nie je mięsa w niektóre dni tygodnia (nie pamiętam, ile tych dni).
Ale byłam też na kursie/pokazie kuchni hiszpańskiej i widziałam, że sporo osób odmawiało spróbowania tortilli, prawdopodobnie z powodu jajek. I znajoma, która opiekowała się grupami młodzieży indyjskiej na wymianie w Hiszpanii mówiła, że miała problem ze znalezieniem dla nich wegetariańskiego jedzenia.
A co do statystyk, to w ogóle nie zgadzają się z moimi odczuciami, nie tylko w Indiach, bo np. ciężko mi uwierzyć, że w Niemczech jest ok.9% wegetarian. W życiu bym nie powiedziała.
Swoją drogą, jeśli Indusi zaczną konsumować mięso z taką częstotliwością, jak Europejczycy czy Amerykanie, to chyba będzie jakaś katastrofa!
2013/03/02 22:54:29
Niestety nie pamietam zrodla, ale gdzies wyczytalam, ze tak to wlansie z Indusami jest, ze jesli np nie jedza jednego/dwoch rodzajow miesa (np miesa z tygrysa i slonia ;-)) to juz sie uwazaja ze wegetarian. Wsrod znajomyc mam tez kilku, ktorzy nie jedza w 1-2 dni w tyggodniu, ale na szczescie sie nie uwazaja za wegetarian.Co do Niemiec to zdecydowanie nie ma tam 9% wegetarian! Moze 0.9%. Mieszkalam tam przez 5 lat i do dzis pamietam jak wielkie mialam problemy by znalezc jakiekolwiek danie wegetarianskie w wiekszosci restauracji (nawet zielona salata byla z boczkiem). Do dzis tez z lezka w oku wspominam podroz do Krakowa z grupa Niemcow i wybranie sie do wegetarianskiego baru na sniadanie. Jeden z kolegow zamowil jajecznice, z ktorej byl bardzo niezadowolony i dlugo w niej grzebal widelcem. Zapytany na czym polega problem powiedzial, ze nie ma w niej boczku! My na to, ze przeciez jestesmy w barze wegetarianskim i sie wszystkich pytalismy czy to im bedzie pasowac. Kolega powiedzial, ze no tak, ale, ze on myslal, ze choc troche boczku w jajecznicy bedzie, no bo kto widzial jajecznice bez… To tyle w temacie Niemiec i wegetarianizmu :)
2013/03/05 08:33:25
Monsun, coś wiem o tym! :) Również mieszkałam w Niemczech (raz 10 miesięcy i raz 1,5 roku), uprzedziłam rodzinę, u której mieszkałam, że jestem wegetarianką (wtedy byłam), a oni, że fajnie, że oni też. Na miejscu się okazało, że taki właśnie ich wegetarianizm – kawałki mięsa w różnych potrawach, o ile stanowiły mniej niż 10% się w ogóle nie liczyły jako mięso, ale też ze zgrozą odkryłam, że lubią sobie wytopić smalczyk z jałkami i tym sobie chleb smarować :)) O ile nigdy nie przepadałam za mięsem, to tłuste mięso zawsze wywoływało u mnie odruch wymiotny.
A propos, czy mięso ze słonia to słonina? ;)))

You may also like