Życie nocne w Hiszpanii

A Coruña noc 21Im bardziej zbliża się lato i nasze coroczne Tour de Europe , tym głębiej sięgam do folderów ze zdjęciami z ostatnich wakacji i już cieszę się na następne. Czasami znajomi przylatujący do Delhi pytają mnie, co mi przywieźć i zazwyczaj nie za bardzo sobie w pierwszym momencie uświadamiam, czego mi brakuje. Poproszę nadbałtycką bryzę i hiszpańską ulicę – brzmiałaby moja pierwsza odpowiedź. Tak, życie nocne w Hiszpanii to zdecydowanie to, co chętnie zaimplementowałabym w każdym kraju.

Chyba nawet udało mi się do jego braku przyzwyczaić i nie wspominałabym o nim, gdybym nie natknęła się na wzmianki na ten temat w dwóch książkach o Delhi, które właśnie teraz trafiły w moje ręce. Dave Prager, amerykański ekspata, który spędził w Delhi 18 miesięcy (2007-2009), prowadził blog, na który natrafiłam jeszcze poszukując informacji przed przeprowadzką. W 2011 wyszła jego książka o tamtych doświadczeniach pt. „Delirious Delhi”, w której pisze m.in.:

South Delhi is a ghost town after 11 p.m. Streets that had been choked with cars all day are suddenly silent and still, except for when they’re raced upon by drunk rich kids in their dad’s shiny cars. (…) The Lonely Planet told us that Indians, like Italians and Spaniards, prefer to dine late, but most restaurants seemed empty by ten.

Południowe Delhi jest miastem duchów po 23.00. Ulice, które dławiły się samochodami przez cały dzień, nagle stają się ciche i spokojne, nie licząc pijanych bogatych dzieciaków ścigających się w błyszczących samochodach swoich tatusiów. (…) Lonely Planet informowal nas, że Indusi, podobnie jak Włosi i Hiszpanie, wolą spożywać kolacje późno, ale większość restauracji wydawała się pusta o 22.00 (tłum. moje)

Z kolei pisarz Rana Dasgupta, pół Indus, pół Anglik wychowany w Wielkiej Brytanii, który zamieszkał w Delhi kilkanaście lat temu, a niedawno wydał o nim książkę pt. „Capital. Portrait of twenty-first century Delhi”, twierdzi, że obecnie – w porównaniu z tym, co było – Delhijczycy o wiele częściej korzystają z nocnych rozrywek.

That bygone Delhi also shut down early. It has become difficult to remember, because the years after my arrival were occupied with the building of a glittering archipelago of cafés, restaurants, bars and clubs, and now one can scarcely move in the city on weekend evenings for the traffic jams of fervent bar-goers. But none of this existed in 2000, when an older conservatism ruled the city’s nights, and when most areas were desolate after the shops shut around 9 p.m.. (…) It was their Delhi I arrived in, a Delhi which – quite unlike the New York I had just left – made little attempt to seduce or entertain, and which sent you home when the day was done.

Even for the bohemians I now found myself amongst, the evening entertainment was, as it had been for such people for decades, domestic. We did not go out because there was nowhere to go. Instead we gathered in various apartments – small, bare and, in those days, cheap – and, in rooms foggy with cigarette smoke, we sat on cushions on the floor around a motley assemblage of rum and whisky bottles, and we talked.

To dawne Delhi również zamykało się wcześnie. Trudno to sobie przypomnieć, ponieważ lata po moim przyjeździe były wypełnione budową błyszczących archipelagów kafejek, restauracji, barów i klubów i teraz ledwo można poruszać się po mieście w weekendowe wieczory przez korki powodowane przez zapalonych amatorów barów. Nic z tego nie istniało w roku 2000, kiedy starszy konserwatyzm rządził nocami tego miasta i kiedy większość okolic pustoszało po zamknięciu sklepów po 21ej. To było Delhi, w którym wylądowałem, Delhi, które w przeciwieństwie do Nowego Jorku, który właśnie opuściłem, niezbyt próbowało uwodzić czy zabawiać i które wysyłało Cię do domu, kiedy kończył się dzień.

Nawet dla bohemy, do której wtedy należałem, wieczorne rozrywki były – jak dla im podobnych od dekad – domowe. Nigdzie nie wychodziliśmy, bo nie było dokąd wychodzić. Zamiast tego zbieraliśmy się w różnych mieszkaniach – małych, prostych, wtedy jeszcze tanich – i w pokojach zamglonych od papierosowego dymu siedzieliśmy na poduszkach na podłodze wokół pstrokatego zbiorowiska butelek rumu i whisky. I rozmawialiśmy. (tłum moje)

Rzeczywiście jest w Delhi kilka skupisk barów i kafejek, ale są one zazwyczaj tak snobistyczne, drogie (może nie w porównaniu z Londynem, ale z Hiszpanią czy Pragą już tak), ciężkodostępne również w sensie komunikacyjnym, że dawno zarzuciliśmy próby ich odwiedzania. Przy tym wypełnione są głównie nowobogackimi lub ich latoroślami. Owszem, raz czy dwa chętnie sobie urządziłam „etnograficzną wyprawę” do Hauz Khas wieczorową porą, pooglądałam fury ledwo upchnięte na parkingu i blokujące pobliskie uliczki, dziewczyny w złotych miniówkach i niebotycznych szpilkach oraz delhijskich sułtanów dwudziestego pierwszego wieku zamawiających francuskie szampany jak oranżadę. I tyle, nie moja bajka.

Tymczasem niemal w każdym hiszpańskim miasteczku znajduje się tzw. zona de marcha/copasgdzie po zmroku wylegają tłumy, ale nie tylko pięknych i bogatych. Tam jest cały przekrój społeczeństwa, chociaż może z nadreprezentacją tu i ówdzie. Są dzieci, są staruszki, lokalni celebryci i modowi abnegaci, studenci i robotnicy, ci z prawicy i tamci z lewicy. Oraz psy. Zazwyczaj da się dojść na piechotę albo dojechać rowerem. Zresztą ci, którzy nie chcą się wybierać do centrum, często mają lokalne, dzielnicowe opcje. Nie wiem, czy w historii funkcjonowała bardziej demokratyczna agora. Gdzie na dodatek wszyscy mówią na raz. Czasami zdarza się, że pielgrzymując od baru do baru (bo trzeba cały czas być w ruchu), człowiek natknie się na własnych rodziców czy nawet dziadków z ich własną grupką znajomych. Lub profesorów ze szkoły. Lub pana z banku. Jakby wszyscy na raz wyszli przed kurtynę.

Gdy podróżujemy, zazwyczaj kończymy nasz dzienny „program” po południu, żeby skoczyć na krótką sjestę do hotelu, pod prysznic i z powrotem na ulicę, już po zmroku. I wtedy poznajemy miasto od innej strony. Czasami nocny pejzaż sennego za dnia miasteczka potrafi nieźle zaskoczyć!

W delhijskiej rzeczywistości miejscem najbardziej zbliżonym do tej formuły jest… nasz park, o którym pisałam tutaj. Bo kultury nie przekładają się 1 do 1. Więc jesteśmy w parku co wieczór :)

A na spacer po nocnej Hiszpanii wrzuciłam Wam kilka moich ulubionych kawałków stamtąd.

Spacer. Nocą. Ze słuchawkami na uszach. Ktoś się nie skusi?

La Coruña (reszta zdjęć tutaj i tutaj)

A Coruña noc 1

A Coruña noc 2

A Coruña noc 3A Coruña noc 4A Coruña noc 5A Coruña noc 6A Coruña noc 7A Coruña noc 8A Coruña noc 9A Coruña noc 10A Coruña noc 11A Coruña noc 12Słynna w La Coruñii knajpa La Bombilla (żarówka), do której robiliśmy cztery podejścia. Udało nam się dopchać za czwartym razem (w dzień), żeby się dowiedzieć, że… wszystko już sprzedane i za 10 minut zamykają :))A Coruña noc 13A Coruña noc 14A Coruña noc 15A Coruña noc 16A Coruña noc 17A Coruña noc 18A Coruña noc 19A Coruña noc 20

León, jedna z najbardziej „ożywionych” nocą starówek.Leon 2013 1 Astorga:Astorga 3Astorga 2Astorga 1Trujillo:Trujillo 2013 1

 

You may also like